sobota, 23 stycznia 2016

Dzień 11. Filozofia szamponu.

Hej, hej głuptasie;)
Ty to serio jesteś maruda jakich mało. Zamiast się życiem cieszyć, z kolegami trochę poszaleć (nie naśladując ich), to siedzisz i nawet się nie uśmiechniesz. Jeden debilny, drugi obleśny, trzeci popieprzony, czwarty nieuczesany, piąty zboczony... A przecież to są historie, które pamięta się do samej śmierci. I przyszłym pokoleniom, jako dziedzictwo przekazuje - mówiąc tak górnolotnie i w stylu Sevika. W każdym razie cóż, szkoda, że przy do tego stopnia barwnej i różnorodnej młodości, Ty dzieci nie chcesz mieć. Będę widać zmuszona przejąć misję ocalenia wspomnień i serwować to wszystko, co mi wysyłasz własnym pociechom, zamiast jakiegoś standardowego Kopciuszka czy Królewny Śnieżki. Oczywiście pod warunkiem, że ich pojawienie się na świecie nie będzie miało nic wspólnego z bogatą w piękną przyrodę, stolicą Tatr. No bo przecież nie powiem 'Sorry maleństwa, tatuś się leczy u takiego lekarza, na którego gabinecie pisze coś co zaczyna się na P, a kończy na CHIATRA'.
Plus naturalnie pominę wątek Rysieńka, bo zabiorą mi prawa rodzicielskie za wysoce postępującą demoralizację nieletniego potomstwa. Chyba, że wymyślę, iż on ten przekręt ma nie wiem, na przykład na punkcie nasion słonecznika. A Kraft chciał go tak mocno naśladować, że okradł Lidla. Ok, nie brzmi już aż tak fajnie. Ale dla przedszkolaków będzie jak znalazł. W oczach Władcy także przejdzie, gdyż przecież wyniesione dobra można zasiać na jego plantacji. I na przyszły rok zebrać piękne płatki, z których sporządzi się kołderkę dla tłuczka.
Sprytna jestem co? Tudzież żałosna. Idealna partnerka dla skakajca. Będzie bezproblemowy, pokojowy związek. Bez walk, awantur i sąsiadów narzekających na jęki (choć Freitag by pewnie odpyskował, iż to ostatnie bardzo źle wróży).
No. To za 124 dni się widzimy❤
Twoja spragniona obniżenia sobie IQ Maggy.
PS. Wiesz jakie strusie jajka są dobre?  Z ryżem i takim pysznym sosem. Najwyższy mogł trochę pogłówkować, bo wszyscy byście się najedli, (może poza Wankim). Ale czasu nie cofniesz. Dobrze przynajmniej, że na blondasa trafiło. Zleje mu się z włosami i troszkę mniej będzie widać. Bo szczerze wątpię, czy Simon wyda mu zezwolenie na szybkie zmycie z czupryny tego cholerstwa.
Kocham❤
                                                                           ~~***~~
Cześć Hiszpanko,
narzekasz na moje marudzenie, a młody filozof się z Ciebie krok po kroczku robi. Ty do tytułu pani Freund zamierzasz kandydować, że takie wzniosłości muszę czytać?  Z tego co kojarzę, to miałaś zupełnie inne plany, związane z przyszłością swojego nazwiska... Albo w sumie nie tak zupełnie. W końcu pierwsze trzy litery takie same. Jak bedziesz szybko podpisywać jakieś dokumenty to nawet różnicy nikt nie dostrzeże (poza Ammanem, który widzi wszystko).
Więc bierz pierwszego złapanego. Jak się człowiek decyduje na małżeństwo to powinny nim kierować względy praktyczne (jak Cię znam to się na mnie oburzysz za to zdanie).
No, chyba, że jednak wadzi Ci, iż Sevik za sedno związku uważa głęboką więź platoniczną i wspólne czytanie wierszy. Bo w tym już widzę troszkę większą przeszkodę...
A podsumowując, nie ma górnolotności, którymi mnie na płodzenie jakiegoś potomstwa namówisz. Pomijając opcję znalezienia laski, dającej radę mnie nie zmęczyć. Jak zachowam siłę do jakiejś tak długo jak do Ciebie to możemy o tym pogadać.
CZYLI NIGDY SIOSTRZYCZKO:D       

Temat zamknięty i mogę przejść do kolejnego dnia z małpami skaczącymi. Mieliśmy już zwiać z tej Szwajcarii, wiesz przecież. Był plan, były rezerwacje biletów,  był dojazd na lotnisko. Ale im ciągle mało pasjonujących wakacji. Znaleźli sobie furtkę do kolejnej chorej przygody.
Doba rozpoczęła się sprawnie od wygodnego noclegu w pobliskim hostelu i wizyty w szpitalu (ciągle w niezmiennym składzie). Personel bardzo poważnie podszedł do zaistniałego problemu. Co więcej, pomyślał, że nasza rzeźba składa się nie tylko z dwóch austriackich elementów, ale i z Welliego, który żegnając resztki swojego jaja trzymał Hayboecka za włosy oraz Wanka, mocno tulącego całą konstrukcję w ramach dodatnia otuchy wszystkim jej członom. Oba Andreasy odskoczyły dopiero na widok chirurgicznego skalpela, który ujrzały. Sanitariusze musieli jeszcze tylko wypędzić z sali zabiegowej Seviego, wrzeszczącego, że zanim ktoś sięgnie po nóż, to on chciałby jeszcze spróbować rozdzielenia przy pomocy gąbki do mycia naczyń i można było zaczynać.
Po krótkiej chwili było po kłopocie. Nie muszę chyba dodawać, iż wszyscy poczuli się z tej przyczyny niezmiernie szczęśliwi. No... Pomijając Krafta - (pseudoRysio zdążył dostać kosza od lekarki, trzech pacjentek, recepcjonistki, aptekarki i listonosza, którego w pośpiechu uznał za kobietę, zanim na niego spojrzał), Freitaga właściwego - (klnącego głośno (po szwabsku), po zobaczeniu, podanego przez wiewiórę, własnego nazwiska na karcie pacjenta) i Pieszczoszka - (biedactwo dostało ataku spazmów, gdy jakaś litościwa pielęgniarka umożliwiła Michiemu zmycie żółtka z włosów).       
Wreszcie stamtąd wyszliśmy.

- Jesteśmy w mieście Zurich - zaczął Król - pięknej siedzibie szwajcarskiego dobrobytu, prawomyślności i współdziałania narodu.
Powiem Ci Maggy, że widać było. Wszyscy napuszeni i skryci jak Kubacki w święto Flagi Polskiej. Całe witryny pełne złotych zegarków, na które nikogo nie stać, a frytki drogie niczym gacie w dobrym butiku. Zabytków jak na lekarstwo. Świeżego powietrza, mimo egzotycznych skwerków (pełnych papug) też.
- Idealne miejsce, aby coś naprawić w swoim życiu - kontynuowała jednostka nadzwyczajna - ja muszę tutaj załatwić parę spraw. A wy w tym czasie macie zrobić dobry uczynek, rozumiecie? Jakiś, jakikolwiek...
- Zabijmy Krafta - wtrącił Richie, ale nikt go nie słuchał.  
-...W przeciwnym razie wykreślę was z listy moich przyjaciół. Zostaniecie sami, na ulicy. Poniewierani, kopani każdym ludzkim spojrzeniem, wyrzuceni poza granice społeczeństwa. Macie niewiele czasu. I radzę wam wszystko dobrze przemyśleć.
- Najpierw serio trzeba zostawić gdzieś tą wiewiórę - poparł przyjaciela, chcący odbudować silną więź w głębi drużyny Freund - nikomu nie pomożemy robiąc obciach.
Nasz wzrok padł na ogromny basen piłeczek gumowych, stojący w samym centrum okolicznego parku. Pisało tam, że obiekt jest monitorowany, przeznaczony dla maluchów już od trzeciego miesiąca życia, a co najważniejsze, można tam oddać bachora nawet na całe popołudnie. Nie wahaliśmy się już. Bo i po co? Jednogłośnie uchwaliliśmy chwilowe odczepienie od gromady zarówno ułomnej kopii kudłacza, jak i naszej malutkiej Wellingi. Marudził tylko Wanki, co raczej nie powinno już dziwić.
- A jak im coś będzie? Pozostawieni bez opieki połamią kości ogonowe, albo paznokcie, albo którąś z chrząstek w uchu...
- Jeden pogrzeb tańszy niż dwa oddzielne - mruknął, (przeginając już jednak) Simi - o połowę mniej wieńców i sztucznych łez. Ale skoro tak wam na nich zależy, to Hayboeck z nimi zostanie. Zarządzam wymarsz. Odprowadzę resztę grupy do punktu, w którym spotkamy się wieczorem.
- Dlaczego znowu ja? - wkurzył się blondas.
- Bo to nie Ty, musisz ciężko odpokutować zakłócenie równowagi w ojczyźnie mojej skromnej osoby. Jakim byłbym władcą, gdyby to któryś z tych szwabskich zbrodniarzy mógł spędzić przyjemny dzień na placu zabaw? Zresztą nie będę się tłumaczył z moich wyroków, jakiejś austriackiej, ciepłej klusce. Idziemy - na potwierdzenie ostatniego słowa postraszył tłuczkiem dinozaura, który tłumaczył na pożegnanie Michiemu, iż Wellindze nie wolno jeść jogurtów z ekstraktem z marakui...
I się zaczęło...

Mogłabyś próbować mnie pocieszać, iż zostało tylko trzech, Ale to była TA TRÓJCA. Najgorsza z najgorszych i najgłupsza z najgłupszych. Ty się zastanów jeszcze czy chcesz mieć dzieci z jakimkolwiek Niemcem. Bo mówiąc szczerze... Czasem mi się wydaje, że najmądrzejsza z nich wszystkich to właśnie Wellinga jest. No ale do rzeczy.
- Musimy zrobić naprawdę porządny uczynek - jęknął Wanki patrząc na nas błagalnymi oczami - nie chcę być nikczemnym, zmutowanym wyrzutkiem.  
- Jego pogrzało - warknął Richard - zmutowany to Ty się urodziłeś. A ja nie będę robił z siebie jakiegoś misjonarza dla szwajcarskich ułomów. Nie wyobrażam, sobie podobnej szopki. I tyle.
- Ja też nie - szepnął poufale Sevi - ale sytuacja tego wymaga. Andi się nam łamie, dziewczyna go rzuciła, wybuchło to całe austriackie zamieszanie, dostaliście mandat, Kraft zwariował, sierotka Marysia straciła jajko, a on myśli, że to wszystko jego wina.
- Nooo, więc wymyślcie coś prawego - dodał sam zaryczany Wielkolud - na przykład posprzątajmy trawnik.
- Nie jesteśmy w Rosji, żeby było z czego.
- To jedźmy do Moskwy - zapalił się inicjodawca - najlepiej taksówką. Wiecie ile jakiś ubogi taksówkarz sobie zarobi? Całe życie w luksusie, kawior na śniadanie, koniec odliczania do emerytury... I jeszcze żonie kupi zastawę z pięknego srebra.
- Wanki... A jak trafimy na złego taksówkarza, który wyda nasz majątek na podłe cele?
- Albo nie będzie miał żony - trafnie zauważył Sevi -  po co kupować talerze komuś, kto nie istnieje? Ty Freitag tylko o jednym. A wracając do myśli przewodniej równie trafionym pomysłem byłaby kradzież zegarka, z tamtego luksusowego butiku. Jeden z tych znudzonych ochroniarzy, którym nie wyszła kariera zawodowa, by Cię musiał pogonić i zostałby superbohaterem.
- Nie zamierzam kraść - zaprotestował poczciwiec - jest nawet takie przykazanie, żeby nie rabować cudzej własności. Tuż po tym, którego Ryśkowi się nie chciało nauczyć - westchnął - odbija wam chłopcy. A mi trzeba czegoś uczciwego, moralnego i zgodnego z panującymi obyczajami.
- Mam - ryknął wybitny, współczesny poeta - tu jest ogłoszenie na słupie, że ktoś szuka niańki do trzylatka, od zaraz. Zajmiemy się dzieckiem przez cały dzień, wpoimy mu kilka prawd o świecie...
- A jak matka nam wieczorem zapłaci, to rzucimy kasą o ziemię i uciekniemy, bo przecież to działalność charytatywna ma być. Ejj, przecież my genialni jesteśmy, że to wymyśliliśmy. Bierz telefon do łapy i dzwoń pod ten numer... Yyyy, Severin, co Ty znowu notujesz? 
  
Freund rozsiadł się na ławce, wyjął podręczny kalendarzyk i zapalczywie gryzmolił coś gęsim piórem, nieustannie maczanym w malutkim słoiczku atramentu.
- Wstęp do mojej następnej rozprawy filozoficznej - wytłumaczył - o Ammannie i o tym jak jedno nieprzemyślane słowo, może spowodować całą lawinę tragicznych wydarzeń. Zainspirowałem się sytuacją na skwerze.  
- Czyli? - Wanki przestraszył się, iż znowu z jego powodu, spotkała kogoś krzywda.
- Debil powiedział Hayboeckowi, że spędzi czas z Kraftem i naszą drobinką, bo jest dobrym człowiekiem! Przecież to było cholernie niepedagogiczne. Chłopak tak nie będzie chciał dłużej cierpieć, że się stoczy. Zostanie fałszerzem banknotów, albo seryjnym mordercą. Założy jakiś gang rozpruwaczy walizek. I zacznie się zadawać z tymi... - spuścił z tonu - jak to mówiono w dawnych, światłych wiekach, kurtyzanami.
- Krafta to by nawet takie nie chciały - podsumował, nie bardzo rozumiejący sedno monologu kumpla Rysieniek.
- Ale kury tyzańskie? - zdziwił się Andreas - nie słyszałem o takim gatunku. Niemniej jednak myślę, że po przygodzie w sklepie meblowym, Michi nie chce mieć kontaktu z żadnym ptakiem. Więc na luzie...
-... wspomnicie moje słowa - Sev, mimo złotego serca, które niewątpliwie posiadał, bardzo nie lubił gdy ktoś w nie merytoryczny sposób przerywał jego wykłady naukowe - w najlepszym razie pójdzie biedak do pierwszego, lepszego Tesco, poleci na dział z kosmetykami i wypije szampon.
-  A jakiej firmy? - głuptas postanowił widocznie zostać skrupulantem.
- Ja bym na jego miejscu wziął przeciwłupieżowy - po raz kolejny dopowiedział Kudłacz - z odżywką. Takie dwa w jednym, bo po co przepłacać.
- I koniecznie z zielonym korkiem. Bo ja dostałem kiedyś zapalenia cebulek od tego z niebieskim.
- Spaliłeś cebulę?
- Cebulek od włosów, debilu. A wracając do tematu, to który z nas będzie tą opiekunką?
- Wszyscy.
- No jasne, że wszyscy. Ale zgłosić musi się jeden, bo jeszcze rodzice coś o nas złego pomyślą.
- Hmm... - zaczął Richard - podrywu na dziecko jeszcze nie próbowałem. Samotny tatuś, porzucony przez wszystkich dookoła, ledwie wiążący koniec z końcem, a jednak całkowicie oddany...
- Już, już - próbował przerwać senną wizję przyjaciela Sev.
- Laski to na wszystko lecą, Freundzie mój platoniczny. Kiedyś jedna oszalała, gdy rzuciłem jej tekstem 'skakałem właśnie z mostu, gdy nagle zajaśniało na horyzoncie twoje oblicze i uniosło mnie nad powierzchnię wody '. A ostatnio tuż przed Wigilią...
- Zachowaj to dla siebie.
- Pewna ślicznotka stała w markecie i biadoliła nad losem karpi, które się męczy na dziale rybnym, trzyma w wannie, a potem zjada na wieczerzę. Serio taka fajna się wydawała, że wziąłem wiaderko od mopa, wyłowiłem dwa i zawiozłem z powrotem do jakiegoś stawu. Zmarnowałem trochę czasu, kasy, plus benzyny, ale...- cmoknął ustami - warto było panowie. Miałem oko, jak nic.
- Zabierzcie ode mnie owego rozbuchanego napaleńca. Tworzyć się przy nim nie da.
Poeta schował swoje przybory, zaczął obierać wolno dość dużą mandarynkę, po czym mocno przytulił umiłowaną lodówkę. Richard patrzył na niego głupawo, ruszając ustami i uwypuklając swoje pieprzone dołeczki.  Zastanawiał się widać nad jakąś ciętą ripostą. I PRZEZ MINUTĘ BYŁO CICHO.
- A jeśli on przez to umrze? - wywrzeszczał nagle Wanki, który (dzięki Bogu) na moment się wyłączył.
- Nie wyglądała na nosicielkę czegokolwiek - uspokoił go brunet.
- Nie Ty. Hayboeck.
- Co? On serio chce iść na dziwki?
- Umrze przez szampon, idioci. Mam gdzieś wasze dziwki.
- Z pewnością nie moje - wszedł mu w słowo oburzony Sevik - nie używaj liczby mnogiej tam, gdzie jej nie potrzeba. A teraz wyluzuj. Istnieją odtrutki, płukanie żołądka i te sprawy. Natomiast z Ciebie zrobimy dzisiaj Super Nianię roku. Zgoda? I będziesz z siebie bardzo dumny, tylko jeden warunek Andi...
- Spełnię każdy.
-... zamknij się już.

I WYBUCH TOTALNY KATAKLIZM. W dodatku nie związany z Welliśkiem, który jest zdrowy, cały, pozbawiony nowych ran, czy tam siniaków i śpi sobie smacznie, zwinięty w malutki kłębek.  Ale o tym jutro, bo na obecny moment brak mi słów, a Ty możesz się tak załamać, że serio wypijesz jakiś balsam do stóp, czy co tam jeszcze w łazience leży. Powiem Ci tylko, że po raz kolejny, wszystko jest winą tego pajaca Severina.
Brak mi siły Maggy.
PS. Minęło około trzydziestu godzin, a Kraft nadal twierdzi, że nazywa się Richard Freitag. Rzuca tymi danymi na prawo i lewo, łącznie z kudłatą datą urodzenia, nazwiskiem panieńskim matki i numerem PESEL. Ale to mu raczej w podrywie nie pomogło. Ani nie pomoże.
PS2. Chyba umrę.
PS3. Umieram.
PS4. Już umarłem.    
                                                __________________________________
Krótkie to i w formie wstępu, ale z dedykacją dla cudownej istotki, która męczy się ze mną już od dwóch lat♡