wtorek, 7 lipca 2015

Dzień 8. Scena sądu.

Ty tam patyku.
Ejjj, czy Ty chcesz się mnie pozbyć i zniweczyć plan mojej wizyty w Zako? No, nie licz nawet. Pamiętaj jestem twoim doradcą kryzysowym, zatwierdzonym przez samego Ammanna, jako dobro nadrzędne. Ładnie mówiąc sprzątam Ci życie,  mniej ładnie ratuję dupę, przed tym calutkim tłuczkiem. ( Powinnam to zmazać, bo jeszcze podsunę Simiemu pomysł stosowania kar cielesnych. Ale nie zmażę, żebyś mnie nie miał za poczciwą pannę, której wszystko można powiedzieć). Yyy, wracając.. Należy mnie lubić i przygarnąć pod dach.

A na boku też Cię kocham♥ Plus chcę żebyś mnie nad Morskie Oko zabrał. Taki piękny stamtąd widok, zimna woda, lasy, góry. No kurde, aż się rozmarzyć można. I jeszcze piszą, że to miejsce bardzo kojarzące się ze skokami. W sumie, jeśli mam być szczera to nie umiem was jakoś powiązać z ciszą, spokojem i śpiewem ptaków. Ale może ja się zwyczajnie nie znam.
Dobra, idę do książeczki, czytać o dziwnych rzeczach.
Miliard buziaczków i tysiąc pulchnych serduszek (BEZ ZABARWIENIA LEKKO EROTYCZNEGO)!
Maggy.
PS. Kondolencje dla Wankiego. Kup mu wafle ryżowe. Mi pomogły wyleczyć złamane serce. Do pary z butelką, ale o tym już słuchać nie musicie. On jest duży chłop i poradzi sobie bez tego dodatku.
PS2. Ufam, iż Diethartowi kondolencji składać nie muszę?
                       ~~***~~

Na wszechmogące wkładki Seva i wszystkie smary do nart. Kobieto, Ty nie rozumiesz zwrotu "Morskie Oko"? Toż to nie żadne jeziorko z mułem i glonami. Tylko dyskoteka, gdzieś przy tych całych, śmierdzacych oscypkiem Krupówkach.
I idź tam sobie z Freitagiem, na mnie nie licz. Tylko żeby nie było potem, że Cię nie ostrzegałem. Serio, ja nienawidzę pocieszać innych, którzy smarkają w moje chusteczki, a potem jeszcze nie chcą mi ich oddać czystych. Więc umówimy się.  Żadnego przychodzenia po dziewięciu miesiącach i wycia mi w ramię, że Freund chce być chrzestnym. Albo, że zdecydował się odebrać poród, bo ostatnio zdradza dziwne zainteresowanie medycyną krwawą. Na spółkę z Simim.

Ok, żartuję. Nie masz się czego bać, Ammannek przecież czuwa. Jak ktokolwiek, kto wie co do czego służy (czytaj: nie jest Wellim), zamyka się w byle pustym miejscu z kobietą, zaraz przyłazi i zarządza kontrolę jak to mówi stadium podniecenia przedmałżeńskiego. A potem zadowolony pieprzy do przeklętego świtu o składce na prezent dla Marinusa Krausa z okazji szesnastej rocznicy utraty pierwszego zęba mlecznego. Rozwalony pomiędzy parką, ma się rozumieć.
Podsumowując, chyba ostatnia aferka z Wankim, Fettnerem i Julią mu nie wystarczy i pragnie, aby więcej skoczków wstąpiło w związki sakramentalne. Bo kurde, on nie wie, że każdy facet ma emocje do rozładowania?

Taka pewna jego względów dla siebie jesteś? To podam Ci numer i spróbuj go jakoś przebłagać w tej sprawie. No, brać skoczkowska postawi Ci pomnik. Nawet na progu może być, będziemy się z Ciebie wybijać. Albo nazwiemy twoim imieniem ten średni obiekt w Zako, bo chyba nie ma patrona (nawiasem mówiąc niedawno przegnił, ale co z tego). Także wiesz...

Ogłoszenia parafialne załatwione?  To jak tak, to muszę na dłuższy moment wrócić do powyższej aferki. Bo wybuchły takie komplikacje, że jest do czego.

Kurde, jakby mnie ktoś zamknął w wieży to bym sobie spokojnie usiadł, umył zęby, przeklął w myślach trzydzieści razy Kubackiego i tego od dup, po czym poczekał na ratunek. Ale nie, skądże. Okazuje się, że ta nieszczęsna ryjówka, czyli Kraft ma klaustrofobię i niczym Welliś boi się wszystkiego co małe, wąskie i mroczne. Półki było jasno jeszcze sobie jakoś radził. Szlochał, tulił się do Hayboecka (bardziej niż zazwyczaj) i słuchał bajeczki o żabie, którą ktoś przemienił w Prevca. Czeka biedna od lat na ratujący ją pocałunek prawdziwej miłości. (Kurde, jeżeli to prawda, to niech się znajdzie jakiś śmiałek i odda jej te piękne w powyższym porównaniu obślizgłe, płazie kształty!).
Gorzej gdy zrobiło się ciemno. Pokraka zaczęła krzyczeć, miotać się po omacku, a potem wysmarowała się cała jakąś białą tubką, znalezioną wśród gruzów. Pech chciał, iż ta tubka to był bardzo mocny klej. I chłopaczek przymocował sobie dłoń do karku Michaela.

Na domiar złego po przyjeździe straży pożarnej, nasz kochany Pieszczoszek przestraszył się, że wleci za współudział i wyznał całą prawdę Ammannowi. Simi wściekł się jak nigdy. Stwierdził, że jesteśmy barbarzyńcami demolującymi jego domowe ognisko. I że nie zgadza się na żadną wizytę w szpitalu (tudzież inne metody rozklejenia), zanim sprawy wojny austriacko-niemieckiej nie zbada trybunał najwyższy, którego będzie przewodniczącym i jedynym członkiem. Przerobił więc natychmiast swój salon na aulę sądową.

Wszystkich by to może i śmieszyło. Gdyby nie fakt, że powołał specjalną służbę porządkową w postaci Czechów ubranych w fartuszki ķuchenne.
Było się czego bać Maggy, serio było.

-W imieniu Simona Ammanna, kraju Simona Ammanna oraz wszystkich jego gmin, województw i powiatów rozpoczynam obrady- tłuczek piętnaście razy uderzył w kanapę- oddaję głos stronie poszkodowanej, aby przedstawiła swoje żądania. Przypominam, iż za składanie fałszywych zeznań grozi karne przeniesienie do reprezentacji Bułgarii. Aha. I zakaz obecności na otwarciu mojego ogrodu. A teraz zamieniam się w słuch.
-Ja chcę natychmiast...- zaczął Hayboeck.
-Do Simona Ammanna zwracamy się na stojąco!
-Jak mam cholera stać,  jak ten przylepiony klocek na mnie siedzi.
-To go połóż na stole. Strażo więzienna, przepraszam bardzo - pokazał ręką na Czechów,  konfiskujących właśnie żetony skoczkom, którzy na trybunach, zaczęli z nudy grać w pchełki - za co ja wam płacę? Proszę natychmiast pomóc świadkowi, tu się liczy czas!
Pan kontynuuje...
- Yyyy, sorki - wtrącił się nagle, niemający kompletnie nic do sprawy Kofler- czy zanim ktoś ich rozdzieli, to ja sobie mogę z nimi zrobić selfie?
- Słucham? - prokurator najwyższy poderwał się z miejsca, wyrażając atrybutem swoje oburzenie.
- Noo bliźniaczki syjamskie są w modzie. Uatrakcyjnię sobie profil na Facebooku.
- Żeby własny rodak...- blondyn był bliski płaczu - budował sobie pozycję na moim cierpieniu.
- Kurde - pochłaniacz wafelków zrozumiał, iż ta uwaga ugodziła w najczulsze punkty młodszego kolegi - wybacz Michi, to wszystko przez desperację. Wiesz, że już fanpage kręgosłupa szyjnego Toma Hilde zbiera więcej polubień niż ja?
-Co, co, co? - z widowni powstał z kolei Norweg - ja całe życie dbam o włosy, myślę że są najpiękniejszym elementem mojej pokornej osoby, a tu proszę. Kobiety kochają mą skromną szyję. Boziu, muszę podziękować mamusi.
-Co ma do tego twoja otyła mamusia? - spytał  Rune Velta.
- Jaka? Sadzała mnie na sanki jak miałem trzy latka. I siłą wiozła na tą gimnastykę korekcyjną. Więc szacunku trochę byś miał ty chudy, zarozumiały tyłku!
- Cisza! - Simon (aby być widocznym) podłożył sobie pod siedzenie kolejną poduszkę - nie będzie żadnych zdjęć!
- A moja umierająca sława?
- Luzik - Tom był tak szczęśliwym człowiekiem, iż chciał dzielić się swą radością z całym światem - strzelisz sobie fotkę ze mną. Ty masz świeżo wybielone zęby, ja boski kręgosłup, będzie z nas taki lep na baby, że Freitag wejdzie pod stół. Umowa stoi?- przybili sobie żółwika na zgodę.
- Koniec! Sąd Najwyższy nie trudzi się w tym upale, aby słuchać wyznań dotyczących waszej umierającej drobiny męskości. Opuścicie tą salę, oboje. Pozostaje pytanie, czy zrobicie to sami czy w eskorcie mojej prywatnej milicji?
- Już idziemy - Hildziak błyskawicznie ostudził emocje, ciągnąc sojusznika za sobą, gdy zorientował się, iż w ich stronę ruszył Jan Matura, uzbrojony w kółko do krojenia pizzy.

Trzasnęły drzwi i zapadła cisza.

- Proszę panów, to właśnie był dobry przykład złego przykładu. Ufam, że ostatni na dziś. Możemy wrócić do zeznań.
- Wszystko ogarniam - Austriak starał się zachować spokój - mój kolega z kadry zwinął kobietę Niemcowi, czy tam Niemiec mojemu koledze. Lojalne to to może i nie było, zgoda. Ale z jakiej racji ja jestem zmuszony spędzać każdą chwilę w towarzystwie tego... tego - sciszył dyplomatycznie głos - bądźmy szczerzy, głupka.
- Twierdziłeś, że jesteśmy przyjaciółmi...
- Co nie znaczy, że marzy mi się chodzenie z Tobą pod prysznic.
- Kurde, fakt - mruknął Richie - nasz plan się troszeczkę wyrwał spod kontroli.
- Miło, że to zauważasz.
- Nooo - chłopak podrapał się po kształtnym dołeczku w policzku - chcieliśmy was tylko zagłodzić, poturbować, czy tam uprowadzić kilka kilo wieprzowiny. Ale to... No ja bym umarł. Wyobraźcie sobie, tak przykładowo... Ty, seksowna kobieta w zmysłowej bieliźnie, sypialnia na poddaszu, egzotyczne owoce na pościeli i co...? I Kraft?
- Rozpieprzyłeś mi życie, a teraz jeszcze dowalasz.
- Ale to żaden problem - wtrącił sędzia najwyższy - zrobi się dziurę w łóżku i nasz drogi Stefan, będzie sobie cicho leżał pod materacem. Ale oczywiście, najpierw dostanę akt ślubu do ręki. Nie muszę dodawać?
- Ja jestem uczciwym przyjacielem - oburzył się brunet - nie trzeba mnie nigdzie chować, zwyczajnie zamknę oczy, jak Michi mnie o to poprosi. I przysięgam na placek ze śliwkami mojej matki, że nie będę podglądał.
- Zawsze można wziąć laskę na litość - Freitag w międzyczasie, zamiast rozważać ostatni wątek, starał się uciszyć sumienie - powiesz jej coś w stylu 'kochanie wyrosła mi na karku taka drobna brodawka w kształcie małego szczurka, cierpię męki, pali mnie, piecze'.
- Nazwałeś mnie Turkiem? - pogoda ducha Krafcika błyskawiczne wyparowała.
- Mały barbarzyńca z ósmego wieku mógłby pasować - wtrącił filozoficznie Sevi.
- Czy ja serio wyglądam na poganina?
...

- Wystarczy - podsumował Simon - zobaczyliśmy juz wystarczająco wiele przejawów okrucieństwa wobec niewinnych ofiar. Niby powinienem teraz dać stronie niemieckiej prawo do obrony. Ale chyba to nie ma najmniejszego sensu...
- A Wanki? - zaprotestował Freund - on nie cierpiał przez tych złodziei? Przecież to jak w '"Romeo i Julii", szczera miłość w szponach tragicznego fatum.
- Ale ja nie jestem Romeo - wtrąciło złamane serduszko - przecież to imię brzmi jak Roman.
- Ejjjjj - blondyn odłożył inhalator w formie spreju, chwytając pióro w rękę - dobre. "Romanie Koudelko, czemuś Ty jest Romanem Koudelką, wyrzeknij się wywieszonego jęzora i odrzuć nazwisko. Albo powiedz tylko, że mnie kochasz a ja zacznę chodzić z otwartą gębą i ślinić wszystko dookoła". Taka moja autorska interpretacja...
- Ja tu jestem - warknął Czech, pokazując swoją broń - blachę do sernika.

Chyba, żadne państwo nie ma tak dobrze wyposażonej armii, jak królestwo Simiego....
Ale mniejsza.

Tłuczek zaczął wykonywać na parapecie bardzo finezyjne figury akrobatyczne.
- Zarządzam postępowanie dowodowe - ryknął jego właściciel - proszę wezwać jedynego niezależnego świadka w sprawie, Dawida Kubackiego. Przedstaw się chłopcze.
-Yyyy, ja Kubacki jestem. Kiedyś się tam urodziłem i chyba... Gdzieś...
- Jesteś spokrewniony z któraś ze stron sporu?
- No skoro mój kolega z pokoju go niańczy, to Welli jest raczej moją pasierbicą?
- 50 franków kary, za brak zwrotu grzecznościowego w odniesieniu do Simona Ammanna! A teraz opowiedz nam, co wiesz w tej sprawie.
- No więc wczoraj Andreas płakał, a potem Richard mnie wyprosił. Plus kazał mi iść precz.
- Słucham? Wyprosił z mojej rezydencji mojego gościa, którego ja chciałem przyjąć w dom i przysposobić do odpowiedzialnego zawodu pszczelarza? Co za jawny przykład gwałtu. Podszył się pode mnie, no zwyczajnie podszył.
- Ta sprawa ma ogółem drugie dno.
- To z chęcią je poznamy.
- No... Bo ja trzy lata temu byłem w toalecie...
- On kłamie! Austriacy mu zapłacili za tą niemającą nic wspólnego z prawdą wypowiedź.
- Yyyy... Wobec takiego zarzutu, sąd zmuszony jest zawiesić rozprawę, do jutra.
- Ale to jest bardzo ciekawa historia - zasmucił się świadek.
Z tym, że najwyższy wymiar sprawiedliwości już wyszedł.

A żeby nikt nie mógł zarzucić mu niedbalstwa, bezpośredni sprawca zbrodni - czyli świnia Dietharta potocznie zwana Aniołkiem - skazany został na trzy dni aresztu i ciężkie roboty przy dekorowaniu ogródka.
Dodam, iż sam Diethart złożył apelację na ręce czeskiej służby porządkowej, w osobie freundowskiego Romea Koudelki.

Śpij dobrze Wariatko♡
TWÓJ KTOŚ
PS. A co mi, pójdę z Tobą do tego Morskiego Oka. Jak już musisz się staczać to przynajmniej będę przy Tobie. Szczęśliwa?

sobota, 4 kwietnia 2015

Dzień 7. Robaki trojańskie

                                                                     



                                                                                   
                                                                        pół roku później


Cześć Skarbie:)
Wiesz, że dziś mija pół roku? Pół roku odkąd Rysiu rzucił się na mnie na rynku monachijskim, a jego pazurki odcisnęły niezmywalny ślad na mojej kurtce. Pół roku odkąd napisałeś mi o świni, która jeszcze żyła, szopie na kształt chlewu i innych zjawiskach paranormalnych typu Welli. I pół roku wreszcie odkąd zamiast szlochać wieczorami w poduszkę gdy coś mi nie pójdzie, uchylam laptopa i przenoszę się w ten dziwny, stuknięty świat, w którym psychoza, patologia i łajdactwo to terminy, od których serducho rośnie. Bo jest ktoś bardziej kochanie nienormalny niż wy?
Także otwieram butelkę dobrego szampana, a tobie radzę zrobić to samo i świętujemy mini rocznicę naszej znajomości. Co prawda Simon zapowiadał tam jakiś letni szlaban na napoje procentowe, ale z takiej okazji mamy chyba dyspensę jego królewskiej mości (brr, nie chciało mi się użyć wielkich liter, pilnuj aby tego nie zobaczył).
Ehh, uczyli mnie zawsze w szkole, aby nie nawiązywać kontaktów przez Internet, a tu popatrz... Ile bym straciła będąc grzecznym dzieciuchem, który słucha na lekcjach.
Aha, jeszcze jedno. Powiedz Sevciowi, że skoro tak chcę dbać o urodę, wygląd i zapach świata to niech nie wrzuca już na Twittera zdjęć mojego Richiego z sianem na głowie. Bo jeszcze ktoś mu nada w sieci pseudonim "niechluj", możesz go przestraszyć tą karalną groźbą.
A serio marzy mi się widok Freitaga uczesanego... Bardzo, bardzo... Na prawdę żadna z tych jego panien nie ma tyle siły, żeby zaciągnąć go do fryzjera?  Buuu... Zresztą nie tylko jego...

Mam pomysł. Umówmy się, że ty to zrobisz. Założysz salon, Freund Ci przecież pomoże. W zamian zadręczę Dawida, gdy tylko nadarzy się okazja. Przysięgam z rączką na piersi, zrobię wszystko co tylko wymyśli twój nikczemny móżdżek. Nawet zamknę go z Ammannem w paczce, zaknebluje papierem toaletowym i wyślę do Chin. Żal mi trochę skromnych, chińskich pracowników poczty będzie, ale cóż począć, mniejsze zło...
Hiszpanki są okrutne. Gorąca krew.

Twoja, z lekka już podpita Mag.
PS. Stuprocentowa (jak wódka dla świni) decyzja. Przyjeżdżam w zimie do Zako. Mogę u Ciebie spać?

                                                      ~~***~~


Boję się Ciebie Kretynko,
ale mam nadzieję, że krew już ostygła bo nie marzy mi się żebyś pękła i żebym nie miał komu jęczeć. A w ogóle musimy uważać na te "skarby" i "buziaczki". No kobieto, wiesz ilu tu jest debili do kwadratu, czyhających tylko, aby się dorwać do cudzego laptopa czy komórki? I jeszcze mnie wezmą za trzęsącą się galaretę na wietrze, która płacze na wszelki ból tego świata. Albo pomyślą, że mam coś do Ciebie, broń Boże, w sensie o zabarwieniu lekko erotycznym. Więc Maggiś, dyskrecja totalna jest wpisana w umowę. Co nie zmienia faktu, że na spotkanie na Krokwi czekam z niecierpliwością.

Do rzeczy, znowu cierpię katusze. I to wielkie. No bo Simon wpadł na plan genialny. Mianowicie stwierdził, że mamy teraz wolne, od LGP przerwa, a on jako wielce dbający o każdą poddaną mu jednostkę wódz, nie może pozwolić nam się puszczać i upijać. Zarządził więc, iż wszyscy przyjeżdżają na dwa tygodnie do niego. Nie myśl, że do hotelu. Rozbił nam obozowisko z namiotami, obiady gotowane na ogniu, czyli istny obóz przetrwania. W dodatku, rozpisał dyżury pracy w jego ogrodzie. Codziennie kilka godzin kopania dołków i wsadzania nasionek. Bo wiesz, idea jest aby na wiosnę zakwitł mu piękny, idealnie kształtny klomb w kształcie tłuczka do mięsa. Na prawdę ciężko uwierzyć, iż potrafi być radosny, ale istnie piszczy jak Słoweniec do pleśni na suficie, gdy o tym mówi.

Yyyy... No więc siedziałem dziś na werandzie, piłem ukradkiem piwo i patrzyłem na Dawida podlewającego irysa. Co się dziwisz? Muszę się wreszcie od tych rodziców wyprowadzić, więc czas zarobić na życie. A myślę, że za taką obserwację, jakiś ośrodek leczenia ciężkich schorzeń umysłowych odpali mi sporą stertę grosza. Ewentualnie cenę mogą podbić pasjonaci małp. Mnie tam obojętne, kto da więcej ten lepszy...
Ok, ale chyba nie zrobisz wielkich oczu, jak Ci powiem, że przyszli Niemcy. Dużo Niemców. A w samym centrum wywołanego przez nich trzęsienia ziemi, stał zasmarkany Wank. Serio zasmarkany, do porównania tylko z Welliśkiem, któremu nikt nie chce odgrzać kaszki bananowej. Albo ewentualnie z Sevciem, jak go w Kuopio ciężarówka ochlapała błotem.
Nie mogłem tego stanu ogarnąć totalnie. Tych zwiniętych dinozaurowych łap, łez w wielkich zmutowanych ślepiach i całokształtu. Więc rzucając w Kubackiego tą puszką od piwa ( w celu rozluźnienia atmosfery) spytałem co się stało.
-Julia wychodzi za mąż- wytłumaczył Freund. (Jasna cholera, oni to są psychiczni, od dwóch lat czekają na ślub, wykłócają się czy na przystawkę weselną podać brokuł czy kalafior, a teraz ryk bo wszystko dojdzie do skutku)
-To chyba dobrze?- wydukałem. (Badanie szympansów jest znacznie przyjemniejsze. I cichsze.)
-No ale rzecz w tym, że nie za Andreasa.

Dobra, zaczynało się robić śmiesznie. Prace przy grządkach błyskawicznie ustały, a na widowisko zbiegły calutkie tłumy skoczków pospolitych.
-Jula jest z Fettnerem- wybuczał Wanki.

I wyszło szydło z worka. Okazało się, że spotkali się w Wiśle na LGP, kilka mrugnięć oczami, z tuzin cmoknięć w policzek i jakby ktoś ich klejem skleił. (Takim dobrym, nie tym fioletowym, którym kiedyś chłopcy przymocowali Pieszczoszka do ściany, żeby nie szedł z nimi na miasto. A on i tak wylazł, jedynie z paroma sztukami wieszaków na plecach). Widziałaś kiedyś coś takiego (miłość nie wieszak)? Zakochali się w sobie szybciej niż Rune Velta zeżarł wczoraj tulipany spod werandy, gdy nikt nie chciał podzielić się z nim konserwą wołową.

Boziu... Maggy, a jak mi stanie się kiedyś coś tak złego? I będę dzień w dzień zapominał o świecie, sławie, medalu w Falun bo jakaś kobieta się uśmiechnie, ubierze sukienkę albo nie wiem ugotuje kalmary w pieczarkach?
Masz coś wspólnego z biologią, nie? Wynajdź lek, zanim przejdzie na mnie ta zaraza. Za to wezmę Rysia do fryzjera. Targ dobity?

Ale skupiam się na faktach, jak już Ci pisałem dziewczyna jest najuczciwsza w świecie, więc gdy tylko błyskotka zalśniła jej na palcu, to Wankiego przeprosiła, biegnąc ku szczęściu.
Brać narciarską po jej decyzji ogarnął jednak szok
-Co teraz będzie?- spytał ktoś z tłumu.
-Dobrze będzie - wypiszczał przez nikogo niepoproszony o zabranie głosu niemowlak- stworzymy klub Andreasów Singli Forever. I nikt nam nie podrze sweterka, nie odgryzie podbródka, ani nie napisze donosu do Ammanna. Co nie Wanki?
-Zamknij się niemowlaku - odpyskował Richie - my Niemcy nie możemy się im dać. Tak się rozzuchwalą, iż następnym krokiem będzie zwinięcie mi korony dla najpiękniejszego skoczka świata. Trzeba uratować mężnie rzeczywistość przed przetasowaniem wartości i zagładą austriacką.
-Czyli...?- wszyscy pragnęli usłyszeć wyjaśnienie, jednak spokój ponownie zakłócił Kubacki. Podbiegł radosny do pokruszonej duszyczki i przypiął jej do uszu takie klamerki do przytrzymywania prania.
Złamane serducho rozpłakało się jeszcze bardziej.
-Jak możesz psychopato?- Sevik pokręcił głową- chłopak cierpi, a ty go uciszasz wyrywając mu małżowiny.
Dawid otworzył usta zamierając w pozycji "Na Koudelkę"
-Ja... Ja... Ja, robię mu tunela- wytłumaczył - niech się dopasuje do gustu wybranki. Potem jeszcze tylko tatuaże z pasteli, o czym wspominając powiem, że bardzo piękne maluję gumowe kaczuszki, a ostatnio nauczyłem się nawet gotowaną szynkę tworzyć. Więc zadbam o niego i co przy takich cudach Fettner i jego śnieżynki na dłoniach?
-Do garażu- zadecydował autorytarnie Freitag- matko, serio część naszych debilnych rodaków twierdzi, iż najgorszym co może uczynić Ci Polak jest kradzież samochodu? Panowie, zrobimy wojnę trojańską.
Połowa zgromadzonych nie zrozumiała o czym mowa.
-No, zwinęli debile cudzą żonę, wywieźli gdzieś tam do Turcji bo im jakaś elfica kazała...
-Nie elfica- Freund jako człek wielce oczytany musiał zaprotestować - tylko bogini grecka. A w ogóle to było przez jabłko, które jakaś zła moc perfidnie jej podarowała.
-Boże!- Welli uderzył się z całej siły w głowę ręcznikiem papierowym- czy ja nawet nieświadomie muszę krzywdzić innych? Wanki tak strasznie Cię przepraszam, wybacz mi tą nikczemność.
-Ty? Ty miałeś z tym coś wspólnego?
-No bo ja sobie skuczałem pod skocznią jedząc ten właśnie owoc w Hinterzarten, a akurat przechodził ten nieszczęsny Manuel z Koflerem.
-Ble Kofler- skomentował z obrzydzeniem wielbiciel kosmetyków.
-Zatkaj się bo zabiorę korek od wanny!
-I spytałem ich, czy by nie chcieli mi wyrzucić ogryzka do śmieci, a on wziął ten ogryzek. Ale ja nie wiedziałem, że go tym skuszę do polowania na Julkę.
-Ty zdrajco - zażartował Richie- wydziedziczamy Cię. Nie jesteś już członkiem reprezentacji. Idź precz.

Maleństwo było tak zdesperowane, iż postanowiło ujawnić swój ukryty w głębi duszy talent wokalny
-Nikt nic do mnie już nie czujeeee,
i mnie nie tuli i nie całujeeee,
więc drobny Welliś bardzo płacze,
i idzie mieszkać na śmietnikuuuu"
(Nie znalazł się ani jeden odważny krytyk, zdecydowany na komentarz powyższego, wielkiego hitu.)

-Ejej- odezwał się tymczasem muł numer jeden schowany za dorożką zaprzęgową Simona- chłopcy zniknę wam z oczu na wieki, wraz z moimi instrumentami, ale skończcie mi o tej Troi.
-O czym tu gadać, zbudowali cudownego konia, wpuścili go do miasta i wygrali. A dziewczyna wróciła do tego mężusia. Prościutko. Więc bierzemy im pomysł, tylko nam to zajmie znacznie mniej niż dziesięć lat.
-A ja uważam - mruknął Pieszczoch - że trzeba to załatwić dyplomatycznie. Iść spokojnie do Ammanna i zgłosić cały konflikt. Więcej wiary w naszych polityków, ludzie.
(Żebyś tylko sobie nie pomyślała, iż Okruszek "zmądrzał" przez te trzy sekundy. Po prostu po jego ostatnich wyczynach Wielki Wódz zarządził, iż jeśli weźmie udział w jeszcze jednym spisku to wysyła go na miesięczny całodobowy kurs robót tkackich. I nie będzie zmiłuj.)
-Hmmm- Freitag miłuje szczerze hańbienie bliskich przyjaciół w szefowych oczach - świetny plan. Zobaczymy ile warta jest cała jego osoba.
-Tylko ja z wami nie idę - uzupełnił pomysłodawca - muszę wprowadzić w życie inny plan pomocy Wankowi. na wszelki wypadek.

Anduś zwiał więc, a cała grupa przemieściła szanowne zadki pod okno pałacu prezydenckiego ( stolica Wyższej Pozafisowskiej Rady Skoczków Niegłupich została przeniesiona na zadupie szwajcarskie). Sam Simi ukazał nam się stojący na desce do sera, ubrany w firankę i ćwiczący mowę na otwarcie ogrodu (To znaczy, w woli ścisłości w kółko ryczał "jam Simonem Ammannem, a oto ma kraina mlekiem i miodem płynąca). Dopiero po jakimś kwadransie zauważył wielkoluda, Ryśka i Severina w drzwiach.
-Z samego rana Wy - jęknął spektakularnie.
-Jest szósta wieczorem...
-Cicho! Ja zarządziłem właśnie nastanie poranka! Coś jeszcze? Przyszliście wreszcie wyznać mi swoje, kaleczące serca winy z okresu ostatniej olimpiady?
-Myśmy przyszli zgłosić kradzież - przesylabizował wolno przeciwnik salonów fryzjerskich, który w dalszym ciągu bawił się genialnie.
-Kradzież? Kradzież, kradzież, czym takim ona jest? Na mój tłuczek, znowu? Toż to jakaś plaga. Cały czas giną ludziom spinki do włosów, wczoraj przyłapałem za drzewkiem pomarańczowym Norwegów uciekających wraz z poduszką ortopedyczną Jerneja Damjana... Co teraz? Nożyczki do wycinanie włosów z nosa?
-Nie... Bo w ogóle Wellinger...
-Uprowadzony? Wydaję przyjęcie, jeden małoletni, nieprzyjemny prostak mniej...
-Nie nie - wytłumaczył Freund ( sprawdzając jednocześnie w kieszeni, czy słowa na temat powyższych nożyczek nie były czasem prorocze)- młody w zasadzie nic nie zrobił, to Fettner.
-On? Zaraz? Przecież to uczciwy człowiek, jedyną winą jaką mu dotychczas przypisałem jest tatuaż na lewym biodrze? Jaki przedmiot sobie przywłaszczył?
-Żaden przedmiot. Narzeczoną Wanka, oświadczył się jej!
- Bogu dzięki! Co za ulga, wyrwał przedstawicielkę płci pięknej ze szwabskiej, bezdusznej niewoli. Jaki dobry, prawy obywatel. Nakażę chyba wyryć jego imię złotymi literami w Księdze Dobrych Uczynków Simona Ammanna. Niech tam, wybaczę mu nawet tunel w prawym uchu, bo z lewym będzie już trudniej.
Dinozaur ponownie popłakał się jak dziecko.
-Nie wellingeryzuj już tak! Siadaj a ja Ci wszystko wytłumaczę. Myślisz, że nie cierpiała przy tobie? Przy obdarciuchu, który nie zna daty narodzin mojej osoby? Pomyśl, siedziała pewnie we łzach pod obiektem, bolejąc nad tym w jakim świecie zdecydowała się współistnieć, a nagle zjawił się on. I założę, że jeszcze jej opowiedział o małym fioletowym pasku na mojej ulubionej skarpecie wełnianej. Albo zaśpiewał Balladę Do Dnia Zakupu Tłuczka. Z pewnością tak było. I kogo ona miała wybrać?
-Yyyy- mruknął Richard - ja bym nie miał wątpliwości...
-Właśnie - Simon zdecydował się nie dać Niemcowi szansy na dokończenie wypowiedzi - jutro wieczorem wydam im przyjęcie zaręczynowe, odwołam warsztaty kształcenia zawodowego, które miałem przeprowadzić. A nawet zdecyduję się zaśpiewać podczas ceremonii zaślubin. Tylko gdzie oni teraz przebywają?
Wanki przełknął ślinę. Wiadomo kochał Julkę najbardziej na świecie. I nawet jak miała wychodzić za Fettnera, jej wesele nie mogło wyglądać jak pogrzeb świni Dietharta.
-Myślę, że pragną pobyć teraz sami - przełamał gulę w gardle.
-SAMI... To naturalne, dam im możliwość aby byli tylko oni i ja. Nawet mam już dla nich zajęcie na noc poślubną.
-Co???- freitagowe ślepia na charakterystyczne hasło wyskoczyły z orbitali.
-Chyba to logiczne. Seans filmowy, podczas którego ujrzą cudowny, pięciogodzinny, unikalny reportaż "Dzieciństwo Simona Ammanna". Chyba nikt z was nie ma lepszego i bardziej oczywistego pomysłu. A teraz precz, rozpoczynam tworzenie listy gości.
-Gościu - brunet klepnął przyjaciela - chciałeś wsparcia i je znalazłeś. Dziękuj niebiosom, że to nie Ty będziesz panem młodym. Ale co do zemsty, zostaje nam tylko ta Troja.

Przed drzwiami czekał Wellinger. Bardzo dumny, z dwoma świerszczami, w słoiczku po konfiturze.
-Znalazłem - wykrzyknął dumnie - bo ja jestem dzielnym mężczyzną i poniosę pełną odpowiedzialność za ten ogryzek.
-Co znalazłeś?
-Konie trojańskie. Nawet dwa. No nie gapcie się, ciężko było ale przecież konik polny to też rodzaj konia. Wiem, chciałem przynieść morskiego, ale nie moja wina, że zamknęli oceanarium. To są Anduś i Welliś, kochane. One wygrają tą wojnę.
Richard wzniósł ramiona.
- Możesz je sobie ugotować głupku. My poradzimy sobie sami.
-Ale ja się ich boję!
-Mówiłeś, że są przekochane...
-Co nie znaczy, iż nie są straszliwie groźne i jadowite! A jak już mówimy o żarciu, chcę banana, albo kiwi z żurawiną. Napracowałem się, żeby je złapać.
-Bachorze - kudłaty nie mógł przestać - ty jesteś w ciąży?
-Serio? - młody rzucił swoim dobytkiem przerażony - Jezu, poród tak strasznie boli. Richie powiedz, że to żart, ja nie wytrzymam, nie nadaję się na matkę. Zresztą przecież w tym Soczi leżał Simon, a potem byłem grzeczniutki, przysięgam na mój nieżyjący sweterek...
-Wiesz... - serio nie ogarniam tych skłonności sadystycznych - można zajść słyszałem, od kąpieli w basenie. A teraz do rzeczy Panowie...
-Nie - główny zainteresowany zaprotestował - ja nie chcę tak robić, cholera. Wiecie... Gdyby moja dziewczyna odeszła z Prevcem, albo z takim Romanem Koudelką... Walczyłbym, drapał i gryzł. Ale to jest prawdziwa miłość, zdarzająca się raz na sto lat. Jak wkładki Sevika przytulone do siebie mocno w jego jamie ustnej. Właściwe miejsce i właściwy czas.
-Mhhmm... - Freund poczuł się wzruszony tym trafnym porównaniem - czyńmy pokój. Wypijemy z Austriakami na zgodę mój napar z róży południowochińskiej i będzie po bólu.
-Nie!
-Ale co ty mu właściwie chcesz w tej Troi zrobić?
-Od razu jemu półgłówki? Przecież w tej wojnie nie chodziło o jednego, tępego tchórza, tylko o cały naród. Patrzcie na nich - pokazał na Krafta i Hayboecka jedzących bigos przy ognisku, oraz Dietharta tulącego dwie, pulchne świnie. Nastraszymy ich trochę na początek...
-Jak? Bo na razie tylko pieprzysz jak Ammann.
-Yyyy... No weźmy ich do tej strasznej, walącej się wieży na obrzeżach wiochy, a potem się wymyśli.
I przeszedł do realizacji nikczemnych zamiarów.

-Hej, hej chłopcy- podszedł bliżej machając łapami - czy w ramach koleżeńskiej przechadzki nie poszlibyście z nami na spacerek. Wiecie... My, narody germańskie powinniśmy żyć w zjednoczeniu, przeciw nikczemnikom typu Norwedzy.
-Pójdziemy... Ale nie zjesz kiełbasy?- wydukał zagłodzony brunet, zakrywając gar drobnymi paluszkami.
-Prosiaczki nie idą- zawyrokował w tym samym momencie Thomas - są padnięte.
-Oj - Niemiec udał troskę - jakie słodkie. Mógłbym, którąś pogłaskać po ryju?
-Serio? Jak miło wreszcie znaleźć bratnią duszę na tej bezdusznej planecie. Aniołku, nadstaw pyszczek wujkowi Richardowi.
-Wiesz- okrutnik nadal grał - w takiej wieży kilometr stąd, chowam przed Simonem trochę ziemniaków. Może starczy, aby te biedactwa napełniły żołądki.
Na wieść o kartoflu z miejsca ruszyły się nie tylko zwierzęta, ale także Stefan z Michaelem.

Niedoprecyzowany plan przebiegał idealnie. Tłumik szybko opuścił królewską rezydencję, a jedyne problemy sprawiał Welli wlekący się na końcu i jęczący, iż liczył sobie dokładnie i ma już skurcze co cztery minuty.
Niemrawo zrobiło się dopiero pod starą budowlą. Wank i Severin patrzyli pytająco na przyjaciela, Didl obiecywał potomkom talarki, a Ci dwaj solidarnie wygłodniali wbiegli na kamienne schodki szukać łupu.
-Matko - odezwał się blondas - nic tu nie ma, Ammann musiał dowiedzieć się o schowku przed nami. Thomas, ja Cię bardzo lubię, ale my umrzemy w tej Szwajcarii z głodu. Proszę daj choć jedną świnię, sytuacja kryzysowa.
-Co ty rzekłeś? Morderco, bandyto i zboczeńcu. Eeee... I szarańczo!

W jednej chwili wydarzyło się bardzo wiele rzeczy. Wielbiciel ruchomej wieprzowiny zaczął bardzo nieprzyzwoicie kląć. Andi poczuł pot na karku, po czym oznajmił zgromadzonym, że odeszły mu wody. Przejeżdżający polną dróżką motor głośno zawarczał... A przerażony tym wszystkim prosiak natarł na kamienne, uchylone drzwi i je zatrzasnął. Subtelny problem, że z Haybockiem. I Kraftem w środku.
Wybuchła totalna panika. Wielu gapiów narciarskich wyleciało zza drzew aby udzielić pomocy. Na próżno. Nie mieli siły. Wreszcie ktoś zadzwonił pod numer alarmowy.
Tak wrzaskliwego zgłoszenia nie potraktowano jednak poważnie. Na miejsce zamiast profesjonalnych jednostek przybyła jedynie straż miejska.
-Co tu się dzieje? - zaczął funkcjonariusz - proszę o opanowanie szoku i opowiedzenia wszystkiego krok po kroku.
-Dziecko się rodzi - wyjaśnił Pieszczoszek - już, tu i teraz.
-Gdzie? I kto je rodzi?
-No ja! Ale proszę mnie nie karać. Ten konflikt zbrojny też wywołałem niechcący. Mamusia zawsze powtarzała, żebym jadł owocki. A mitologii greckiej nigdy nie czytałem, słowo.
Mężczyzna zapisał coś w notesie, po czym przeniósł spojrzenie na Dietharta.
-Hayboeck chce molestować kulinarnie kobiety! - zakomunikował ów ku zaskoczeniu kolegów- no to jest dziewczynka- poklepał świnię, która usnęła na jego kolanach.
-A wezwaliśmy policję dlatego - Richard postanowił jednak wykazać się kompetencją - iż te dwa prosiaki zatrzasnęły się w wieży.
-Przecież leżą tutaj?
-Nie te. Takie stokroć brzydsze.
-Też tego pana?
-W życiu - oburzył się Thomas- proszę mi nawet o nich nie wspominać.
-Hmm- wtrącił Sevik - wedle konwencji praw człowieka są chyba samych siebie.
-Dzikie świnie!!!
-Panowie - przedstawiciel prawa stracił cierpliwość- rozumiem zdenerwowanie losem tych czworonogów z racicami, ale nie tędy droga. Wezwijcie Towarzystwo Opieki Nad Zwierzętami, oni są od takich spraw. A na boku... Znam jednego, całkiem wykwalifikowanego psychiatrę.

Wank opadł na wielki kamień.
-Wszystko moja wina- zajęczał - gdybym był łaskawy tak nie obnosić się z własnym nieszczęściem to nie wzbudziłyby się w Rysiu instynkty mordercze. I niewinni ludzie nie stanęliby na krawędzi śmierci. Ammann miał rację, gdzie tam mi do Julki. Niech będzie z tym swoim tunelowcem.
- Wszystko przez kobietę?- zdumiał się świniopas- ludzie, uczmy się od prosiąt. Samiec spotyka samicę, pełna kultura, po kilku miesiącach rodzi się kruchutkie, dobre, chrumkające cudo. Żadnego wybrzydzania, marudzienia, fochów i wojen. A na boku co teraz poczniecie?
-Jak to? - Freitag wręcz się dławił - zatelefonujemy po to stowarzyszenie fanatyków futrzaków.

Wanki bohatersko otarł kolejny tego dnia strumień łez i wykręcił numer.
-Hallo. Bo straż miejska kazała mi zatelefonować. Bo Kraft i Hayboeck skuczą od dawna w tej wieży przy rzece. Nie mają co jeść. I liczymy, że państwo coś z tym zrobią.
-Dobrze, że pan dzwoni - odezwał się kobiecy głos - ale kim one są? Tak gatunkowo?
-Ssaki- podpowiedział Freund - na jakieś siedemdziesiąt pięć procent.
-Już przyjmuje zgłoszenie. Jak to dobrze, że są jeszcze tacy ludzie jak panowie. Dzięki anonimowemu połączeniu uratujemy te stworzenia. Mam nadzieję, że nic im nie dolega i po paru tygodniach w naszym schronisku i wystawieniu ogłoszeń na stronie adopcyjnej, znajdą nowe domy. Aha, proszę mi podać e-maila, wyślę panom ich zdjęcia za kilka dni. Będziemy na miejscu za godzinkę. Wraz z służbą ogniową.
-Ale - Andreas załamał się już totalnie- Kraft z Hayboeckiem nie są...  
Było zbyt późno recepcjonistka azylu rozłączyła się.

-Wiejemy do Simona... Zaraz... Już on lepszy...

Spać idę.
Twój jedyny Skoczek
PS. Chyba dolecisz jedynie na mój pogrzeb.
PS2. A jeśli każdy Szwajcar ma iloraz inteligencji szefunia? I po otwarciu drzwi zabiorą ich do tego schroniska dla zwierząt?
                           ____________________________________

Niby skończyłam osiemnaście dziewczyny. Ale jak widać powyżej, do dorosłości jeszcze brakuje około stu pięćdziesięciu lat.
Planowałam dużo pisania w święta, a tu moja komórka (główny przyrząd twórczy na codzień)zmarł śmiercią nagłą.
Ogółem Wesołych Świąt, dużo jedzonka, szczęścia i obyśmy dożyły do LGP. Ściskam spod tej tragedii. I całuję mocno wszyściutkie

piątek, 30 stycznia 2015

Dzień 6. Dramaty Severina

Cześć szaleńcze,
no więc z takim podejściem to ty nic nie osiągniesz na FIS-Cupie w Kazachstanie (tak czytam sobie zasady tego skakajstwa). A tu się na olimpiadę szanownym, chudym tyłkiem ładujesz.

Co do zasad jak już poruszyłam ów wątek, to jestem właśnie przy długości najazdu. Ale nigdzie nie mogę znaleźć podpunktu o niezwykłym ilorazie inteligencji wymaganym przy zawodowym uprawianiu tej dyscypliny. Więc chyba jestem ślepa, bo nie może być zbiegiem okoliczności, że tak niezwykłe stwory z całej Europy w jednym czasie zdecydowały się jeden, niszowy sport trenować.
I jeszcze kolejna mała sprawa, której nie rozumiem. Czemu kobiety nie lubią Pieszczoszka? No przecież oglądałam jego fotki przed chwilą i on jest... Całkiem, całkiem. Tylko namów go na wywalenie sweterka w owce i chodzenie częściej w garniaku. Od razu będzie lepiej, a Dawid nie będzie zmuszony do ponoszenia ciężkich uszczerbków na zdrowiu psychicznym.
Tak czy siak, ja to bym maleństwem nie pogardziła, gdy Richie nie będzie łaskaw na mnie zerknąć.

Nie patrz się tak (jak pewnie właśnie się patrzysz), każdy facet jest do wychowania, trzeba tylko przetrawić porcję łez, zagryźć zęby, podnieść dwie czy tam trzy brudne skarpetki... I czasem ewentualnie zamknąć drzwi na klucz. Trochę krzyku i wierzgania nogami i się nauczy.

Choć taki ty się raczej nie nauczysz.

Nie bierz tego wszystkiego na serio, bo jeszcze mnie nigdy do siebie nie zaprosisz twierdząc, że niczym jakaś pajęczyca zaciągnę Ci połowę kumpli do łóżka.
Nie żebym miała coś przeciwko mieszkaniu z reprezentacją Niemiec w jednym hotelu, ale taka świnia to aż nie jestem. Jakiś jeden, ładny, miły i KULTURALNY skoczek, który obroni mnie przed amannowym tłuczkiem i pocałuje gdy przyśni mi się, że mam severinową wkładkę na talerzu, by wystarczył do pełni szczęścia. Bo to co mam tutaj chyba się tak po malutku wypala.

Ale co ja Ci skrzynkę swoim życiem będę śmiecić.
Trzymaj się szaleńcze<3
PS. Hmm, to chyba nie był list o głębokim przesłaniu moralno-refleksyjnym.
PS2. Jak można czytać Sevciowi mowy dla prosiąt:(
                      ~~***~~

Droga Wariatko!
Zamiast powyższego zwrotu grzecznościowego chciałem zacząć od inteligentnego frazesu "nienawidzę Soczi", ale stwierdziłem,że może jednak się przywitam. Jakiś krok w stronę korzystnej społecznie resocjalizacji. I nie, żeby nie było, ja nie mam nic przeciwko twoim planom wobec reprezentacji Niemiec. Ale tak w imię naszej przyjaźni mogłabyś rozpocząć swoją przygodę z nartami od złamania Kubackiemu serca. Oooo, przykładowo obiecasz mu flet z plastiku zamiast tych cymbałków i już będzie jak magnes. A potem nie dotrzymasz słowa, plus go olejesz za to jak moje wnętrze jest gnębione jego "urodą".

Do rzeczy... Zdziwie Cię bo nasz Welliś zniósł bardzo dzielnie ów cały zawód miłosny. Przyszedł do pokoju, samodzielnie uprał sweterek z owcą, troszkę poskuczał, że nie będzie nic jadł przez tydzień, zjadł trzy mleczne kanapki ukradzione żmijom słoweńskim... A potem czekała na niego prawdziwa niespodzianka. Bo pan Freitag okazał się naprawdę dobrym kumplem. Szczerze pomyślałem sobie, gdy obiecywał maluchowi, że udobrucha jego kwiaciarkę i przyprowadzi, ją do hotelu, że owszem to zrobi... Ale dla samego siebie. Tymczasem on wrócił, uśmiechnął się do dzieciątka, po czym wręczył mu klucz do pustego pokoju.
Welliś strasznie się ucieszył. Zapisał sobie wszystkie rady Wanka, jednocześnie wyjmując z pod stołu (schowane przed kolegmi) żelki w kształcie kaczuszek, aby mieć czym poczęstować dziewczynę. Potem zabrał się za prasowanie swojego ukochanego stroju. W podnieceniu nie skojarzył nawet, iż ciepłe żelazko odkleiło owcy głowę. Wylał na siebie natomiast calusieńką butelkę richardowych perfum i chyba był gotowy.

Panna czekała na niego w hallu. Wyszli na ciasteczko, a wszyscy Niemcy, Norwegowie, Austriacy i Polacy schowali się w windzie, aby móc niezauważnenie wyczekiwać ich powrotu. Panowała cisza absolutna, jedynie Dawid przerywał ją sklejając sobie bębenek z opakowań po jogurtach.

Gdy drzwi wejściowe po jakiejś godzinie zaskrzypiały dziewczyna chyba nie zamierzała się bawić się w rozmowy o maskotkach i soczkach z rurką, bo odrazu cmoknęła Pieszczoszka w czółko, a potem przesunęła usta w kierunku jego drżących warg. (Przypuszczam, że mogła być zniesmaczona, bo stosuje on przepisaną mu przez Severina maść z oślej skóry przeciwko pękaniu naskórka).
-Richard, jak ty ją na to namówiłeś?- szepnął zszokowany chór głosów.
-E tam- odparł skromnie ciemnowłosy-stwierdziłem, że jeszcze tydzień tu jestem i w sumie jak Wellinger będzie w miarę spokojny to może uda się gdzieś sobie wyskoczyć.
-Nie pieprz- przerwał Wank- on zwycajnie jest w jej guście bardziej niż ty...
-Co ty powiedziałeś...
-Ciii- skomentował Tom- idą na górę.
-Zagram im zaraz marsz weselny na bębenku- ucieszył się Dawid.
-Ty to zgraj sobie na mózgu, istoto nie posiadająca ćwierci chromosomu Y.

Na palcach zakradliśmy się na piętro za Wellingerem i kwiaciarką.
-Co on wyprawia- parsknął Richie- dałem mu klucz do pokoju, a ten ją do sąsiedniego prowadzi.
-I jaka różnica, cholera?
-No... W sumie łóżka są wszędzie... Tak jakby.

Gdy drewno podłogowe charakterystycznie zaskrzypiało, wszyscy zaczęli trącać się nawzaje,m wpychając oczy w dziurkę w drzwiach. Bardziej wrażliwi zwolnili jednak miejsce innym, gdy brunetka zdecydowała się na ważny krok, jakim było podarcie sweterka z tłowiem owcy.

I wszystko szło po prostu idealnie, zanim maleństwo nie położyło ukochanej na nieszczęsnym materacu. Bo wtedy rozległ się wrzask. On i słowa, które padły po nim uzmysłowiły nam straszliwą prawdę. Otóż... Ów pokój to była grota Simona Ammanna. Pod kołdrą leżał zaś sam Simon Ammann.
Podduszony ciężarem Wellisia i jego wybranki, zaczął wić się i krzyczeć o próbie zamordowania jego majestatu. Potem sugerował jeszcze, iż to napad połączony z rozbojem, mający na celu podmianę prac i sfałszowanie wyników quizu. Wreszcie za pomocą groźnego atrybutu, który "spał" już spokojnie na małej poduszcze obok niego, wydostał się spod napastników.
-Wellinger!- jęknął zaskoczony- przecież ty jesteś do połowy nagi! Co się tu dzieje.
-Yyyy Simon... Pani jest z sanepidu. Bada jakość zapachową pościeli, w której sportowcy śpią na olimpiadzie. A ja tak sobie lunatykuję i znalazłem się tutaj w wyniku zrządzenia losu.
-Kłamstwo Andreasie. Przyrząd sprawiedliwości prawdę Ci powie- trzasnął tłuczkiem w mały stolik- Mam dwie opcje... Albo planowałeś dokonać czynu niemoralnego, gorsząc przy okazji moje oko i biedny chudy kręgosłup albo... Cóż, przyprowadziłeś mi tu Freunda w przebraniu. Obrzydliwego Severina, który cały dzień chował się po strychach, aby teraz ukatrupić bestialsko mnie, mój tłuczek i mój quiz. Poczym wydać nas na pożarcie, tym kanibalom stojącym pod drzwiami. Tak panowie! Widzę was wszystkich na kamerce. Przezornie zainstalowałem ją w progu mojego apartamentu, zdając sobie sprawę jak na przestrzeni wieków traktowano jednostki wybitne...
-Ale... To jednak nie był Severin?- pisnął z obrzydzeniem Pieszczoch, wskazując na miejsce, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się brunetka.
-Dosyć!- miarka litości wielkiego wodza przebrała się. Wziął maleństwo pod rękę, wtrącił do toalety niczym do lochu, poczym zatrzasnął z hukiem drzwi- będziesz spał sam na podłodze! Do rana! A ostrzegam- dodał z satysfakcją na dźwięk cichutkiego skuczenia- przyjdą potwory. I gumiś jakiś też przyjść może...

Liczyliśmy, że do świtu złość mu minie. Na tradycyjny apel stawił się jednak równie zaciekły i żądny krwi.
-Proszę o ciszę- zaczął- bezwzględną. Jak można zauważyć w ostatnim czasie bardzo wam folgowano. Panowała atmosfera miłości i demokracji. Panowała... Gdyż taką formułkę możecie wypowiedzieć już tylko w czasie przeszłym. Simon Ammann nie rychliwy, ale sprawiedliwy... Andreasie możesz nam wyjaśnić co działo się dziś w nocy? Publicznie, przy całym narodzie bliźnich skocznych. Nie będę załatwiać takich spraw na osobności.
-Buuuu.
-No czekamy. Co chciałeś zrobić tej pani?
-Kochać ją- wydukał Welliś zawinięty w kraciasty kocyk (nikt z "bliźnich" nie chciał mu pożyczyć nic do ubrania).
-Ale czemu na mnie??? Nie, ja w to nie wnikam. Pewne sprawy są już jasne jak słońce. Czytam rozporządzenie prokuratury generalnej Simona Ammanna: "Nijaki Andreas W. zostaje oskarżony o naruszenie suwerenności cielesnej osobistości nietykalnej, (ciemną nocą, w dodatku przy świetle księżyca), a na domiar złego o oderwanie maleńkiej drzazgi z części ubijającej ważnego atrybutu. Z kolei Severinowi F. zarzuca się podżeganie do zamachu stanu. Wszyscy skoczkowie obecni owej, feralnej nocy na trzecim piętrze hotelu, odpowiedzą natomiast za nieudzielenie pomocy w sytuacji zagrożenia życia, oraz próby zniszczenia dobra kulturalnego jakim jest quiz wiedzy".  Jakieś zażalenia?
-Panie władzo, ja nie chcę iść na dożywocie- rozdarł się Pieszczoch.
Simi podążył  jednak dalej, własnym tokiem.
-Po tym przykrym wstępie chciałem ogłosić wyniki wspomnianego już testy. Niestety i tu bardzo się na was zawiodłem. Nie potrafię pojąć, jak tak banalna forma sprawdzenia waszych umiejętności mogła wypaść tak słabo. Jednak mimo wszystko zdecydowałem się przyznać nagrodę specjalną, jaką jest kolacja zjedzona z Simonem Ammannem. Wyróżnienie to przypada szczęśliwemu człowiekowi, którego nazwisko ogłoszę wieczorem. Jednak już teraz usłyszycie podpowiedź. Jego inicjały to S.A!!!
-Przejdźmy wreszcie do Sevcia- jęknął zatroskany Wanki.
-Dobrze. A więc jak wiecie groźny dla społeczności Freund Wkładkożujny zaginął wczoraj około 11- tej. Od tej pory nikt nie wywąchał nawet jego najmniejszego śladu. Co gorsza, moje tajne służby specjalne natrafiły na pewnien zatrważający serce dokument... Zarządzę chyba nawet odczytanie owego dokumentu...

No i wiesz, mnie to tam nic nie ruszyło, jeden Freund na skoczni mniej lub więcej, jaka różnica. Ale ogół skoczny lubi chyba nawet to dziwne stworzenie, bo chusteczki poszły w ruch, a dowódca wchodzący na mównicę, pierwszy raz od bardzo dawna nie został zupełnie niczym obrzucony.

Pomińmy.

Simi rozpoczął prezentacje dowodu.
"To ja Severin. A to tu pismo złożone niedbale na elastycznej przestrzeni chusteczki higienicznej to pewna forma mojego testamentu. Nie daj Boże, nie zamierzam umierać jeszcze przez długie lata. No ale, na wszystkie wytworzone w fabrykach gąbki do ciała, mogę pewnego dnia po prostu odejść, porzucić tą nieszczęsną cywilizację pseudourody i zaszyć się w jakimś cichym, medytacyjnym miejscu, aby odnaleźć nowe ideały piękna. Nie szukajcie mnie wtedy i wiedzcie, że jestem szczęśliwszy, niż na starych, zardzewiałych, pełnych brudasów skoczniach.
Ale co do tematu. Muszę rozporządzić moim majątkiem. Więc, większość kosmetyków jedzie ze mną. Gdybym jakiś pozostawił, znaczy to, że moje zniknięcie nie jest ostateczne i jeszcze po ów skarb wrócę. Wyjątek stanowią spinki do włosów, zanurzone (od całych dwóch lat) w ekstrakcie z ogórka. Daruję je Rune Velcie, oraz reszcie reprezentacji Norwegii. Niech stanowią dla nich dowód, iż codziennie da się zerwać ze złym życiem, opuścić destrukcyjną drogę do nikąd i zacząć o siebie wreszcie dbać. Co jeszcze? Aha, do pigułek na trądzik, które ostatnio mi się skończyły otrzymałem w aptece gratis test ciążowy i kleik dla niemowląt. Więc to pierwsze jest dla mojego przyjaciela Richarda, przyda mu się pewnie najbardziej ze wszystkich. Tylko Freitag na serio do roboty, bo 1-go marca termin ważności mu się kończy. (Jak Ci się nie uda nic, to daj Kubackiemu, będzie miał harmonijkę. Choć znając jego zdolności weźmie tylko do ręki i się pięć kresek jeszcze przed rozpakowaniem pojawi). A kleik dosypcie Romanowi Koudelce do zupy- potajemnie. Podobno mąka kukurydziana łagodzi rysy twarzy.

I najważniejsze, mam mieszkanie na parterze, z maleńką grządką trawy, na której choduje ekologiczne bulwy ziemniaczane. Dostaje je, no któż by inny- Wank. Gdy w Oberstdorfie miałem różyczkę i żaden fluid nie był w stanie zakryć raniącej duszę krosty na moim czole, współczuł mi tylko on i jacyś pijani fani Koflera.
Z oczywistych względów nie oddam majątku w ręce owych pijanych - nawet jeśli już wytrzeźwieli, bo jeszcze przepiszą go samemu Kofiemu. A mój bio-ziemniak zwiędłby na  jego widok.

No, żegnaj skoczna braci!
Dbajcie o siebie i gólcie się codziennie.
Severin Freund

Aha... Tylko wiesz Wanki bo bym zapomniał. Wisiałem troszkę kasy w jednym butiku, sklepie z odżywkami do paznokci, jeszcze w zakładzie kosmetycznym i u fryzjera... Urosły odsetki i to mieszkanie zajął komornik. Ale głowa do góry przekazuję Ci dług w wysokości tylko 50 tysięcy, z czego 200 euro już zapłacone. Dbaj o drogiego kartofla i spryskuj go co drugi dzień sokiem z grejfruta."

-On odszedł- zaczął płakać Wielkolud- czyniąc z biednego kumpla bankruta.
-Nie- zaprzeczył wódz- tkwisz w błędzie. Moim zdaniem, a Simon Ammann się nie myli, został pokrętnym podstępem uprowadzony. Mam nawet listę podejrzanych o ten czyn... Narazie jednak, nie mam zamiaru współczuć osobie, która mogła mieć jakikolwiek związek z tym co spotkało mnie w nocy. Nakazuje się jednak w mojej rodzącej na nowo wspaniałomyślności rozejrzeć po mieście. Już mi stąd, panowie.

Przemieściliśmy się  przed nieszczęsny budynek i wtedy... Naszym oczom ukazała się słoweńska zgraja. Obrzydliwi, przytuleni jeden do drugiego wychodzili właśnie ze (wspomnianego już przeze mnie wczoraj) sklepu rybnego z ogromnymi siatami tanich, charakterystycznie pachnących filetów. Widząc wielki niemiecki Team, zatrzymali się na moment głośno gwiżdząc.
-Trzeba by było ich wszystkich na malutkie, kruche kostki pokroić.
-Hmm... Nie zabiorą mistrzostwa olimpijskiego robale...- w powietrzu rozległ się dźwięk zgrzytających kłów.
-Boże- rozdarł się na to Wanki- ja już wszystko zrozumiałem- ruszył do przodu wyrywając z obleśnych łap torebki.
-Pogieło Cię?- zdziwił się Richard- niech mlaszczą, żreją i się trują.
-Przerabianie!!!
-Troszkę jaśniej wielmożny panie?
-On podrobili testament i przerobili Sevcia na mięso! A potem opanierowali, nakleili łuski i sprzedadzą go teraz po podwójnej cenie jako rybę- rozpłakał się tuląc makrelę do bluzy- Freundzie mój największy nie umieraj proszę, musisz wytrzymać, nie wolno Ci zamknąć oczu. I oddychaj, głęboko oddychaj- zerwał z "przyjaciela" folię, aby zapewnić mu dopływ tlenu- zaraz zadzwonię po karetkę, przywrócą Ci normalne kształty.
-To naprawdę jest on- zawtórował mu Welli- ta niebieska warstwa została z jego sławnych dresów ochydków, a ów śluz to resztki różanego kremu do rąk.
-Ratunku!
-Właśnie. Ja obiecuję kochany... Walcz, a już nigdy nie wybiorę Ci ukradkiem zwiebelu z kanapeczki- drżącą dłonią chwycił "Severina" za płetwę ogonową, w celu dodania mu otuchy. (Tudzież rozpoczęcia reanimacji).
-Cicho Wellinger! Wszystko twoja wina, gdybyś pohamował na czas zapędy seksualne, wyrwalibyśmy go z rąk tych bandytów. A tak niewłaściwie rozumieliśmy krzyki,które pewnie to on wydawał wczorajszego wieczoru...

Załamany pochód żałobny ruszył w stronę ośrodka.
A na progu czekał Simi. Nie bacząc na nic, ujrzawszy filet w ręku Wanka, chwycił go w palce i nadgryzł.
Kilka ości opadło na posadzkę potęgując rozpacz niemeckich serc.
Andreasy zaczęły rozumieć już chyba, że na powrót Seva do wcześniejszego wyglądu szans nie ma.
-Przynajmniej złożymy go w ładnym pudełku po bananach, z piwnicy- mruknął Pieszczoch podnosząc pozostałości- będzie mu wygodnie, a ja go codziennie będę mydłem smarować.
-I spuścimy go z dużej skoczni- dodał starszy właściciel szlachetnego imienia - przecież ma ogromne szanse na walkę o medal...

Zeszliśmy do podziemii. Wrota poziomu "-1"  otwarły się przed nami, a nikt poza Richardem (mającym nadzieję, że to droga do jakiejś winnicy), nie wydał głośniejszego tchnienia.
Tylko jakie było zdziwnienie gdy w schowku na miotły...
Na podłodzę czekał Freund. Uśmiechnięty, zafascynowany czymś i ani o milimetr niezmieniony. Baa, nawet nie skrępowany żadnym sznurem. I bez ani jednej łuski.
Wszystkie teorie chłopców poszły w cholerę.
-Cud- jęknął Wank- cud w Soczi. Seviku, skarbie, blondasku śliczny, jeżyku i ptaszyno przewspaniale śpiewająca. Myśleliśmy, że się już nigdy nie spotkamy...

Zaskoczony miłośnik piękna stracił chyba rachubę czasu, bo owo nachalne powitanie wywołało w nim szok.
-Yyy, przecież ja tylko znalazłem krem na wieczną młodość. Należy oddzielić tysiąc ziarenek maku od dziesięciu tysięcy ziaren piasku destylowanego i nad tym właśnie pracuje od wczoraj. Potem już tylko zagotować je z trzema kostkami czekolady i roztopionym oscypkiem. Cudna cera do ostatniego dnia twego.

Przeszczęśliwe Andreasy uwiesiły się na kumplu, niemal go dusząc.

I mieszając cały mak z caluteńkim piachem.
I błotem.
I tymi trzema ośćmi.

Nie mam pointy. Przecież nie mogę trzeciego listu z rzędu kończyć jakąś wyszukaną peryfrazą zwrotu "bez komentarza".

Módl się za mnie Mag.
Zawsze twój Skoczek (chyba narciarski)<3

          _______________________

Oj proszę, wywiązałam się z obietnicy i gdyby ktoś chciał to jest jeszcze w styczniu. Chyba męczę się z tym niemiłosiernie, bo mija rok odkąd założyłam tego bloga:p
Choroba psychiczna się pogłębia.
Buziaki skarby i do ferii<3 Jeszcze dwa tygodnie jak dla mnie, a potem zrobię zapas publikacji bo na opuszczenie Krakowa się nie zanosi:D.

A co do tego tu czegoś to chyba wylatujemy właśnie z Soczi i bedzie przeskok do obecnego sezonu, w którym kilka takich ma jak wiemy coś tu obiecane i ja o tym pamiętam.

czwartek, 25 grudnia 2014

Dzień 5. Szaleństwa i kataklizmy (i Simon)

Jeszcze chwila w Soczi, a potem czas przeskoczy...;)
Dla przyszłej pani F<3
          ________________________


Kochany Polaczku;)
Czy ja mam znowu zacząć od tego, że jesteś okropny? Może Dawid ma jakieś problemy psychiczne? To się chyba tak ładnie dysfunkcjami nazywa. Popatrz...Jest wyalienowany, smutny, otłumaniony, dopiero pod mostem czuje się jak trzeba. Bo tam przynajmniej nikt z niego nie drwi, drogi Panie Ideale.

I Welliś, biedne niemowlę. Przecież on uwagę na siebie chcę zwrócić. To jest wyraźnie bardzo niedopieszczony gatunek Pieszczoszka. Matki mu potrzeba, a nie marudy typu Ty.
Ale, tak czy siak masz ubrać pantofelki i nie narzekać. Mróz w Rosji przyjdzie (toż to jakby Wanki powiedział Syberia blisko), ogrzewanie wysiądzie i co? Stopy Ci zamarzną, krążenie w nich stracisz i jak już te swoje kapcie z Krupówek wygrasz, to nawet nie poczujesz, że futerko ciepłe mają.
Więc to jest groźba w stylu samego Simona Ammanna, natychmiast przepraszasz Welliego i przyjmujesz prezent. Jak chcesz sobie czegoś odmówić do zwycięstwa to nie wiem? Nie jedz bigosu...

Bo w przeciwnym razie kibicuję Niemcom w drużynówce i to w żadnym razie żart nie jest:/

Hmmm... Część resocjalizująca i umoralniająca zakończona, teraz czas chyba na tą bardziej ludzką wersję mnie... Wiesz co? Mogłabym całe życie się kiełbasą ze skwarkami cebulowymi żywić, ale podarku Freunda do ust nie włożę. Za to przeżycie to na prawdę powinnam Cię do serca utulić. Dobra... Go Ci pozwalam, jakoś dyskretnie przez okno wyrzucić...(skoro skoczkowie narciarscy nie uznają koszy na śmieci...).
A co do mojego ślubu? No, nie w tym roku przecież, ale coś ty tak naskoczył "singlu na zawsze"? Związki jak to związki, nie zawsze bujamy w chmurach, nie zawsze jest różowo, ale... Ja osobiście nie chcę zostać sama. Nie lubię takich sytuacji. Nie lubię zacinać się nożem w palec, gdy wiem, że nikt mi plastra nie poda... I nienawidzę leżeć tak w łóżku bez nikogo podczas burzy...
Takie zwyczajne, a jednak.


Może Ty zwyczajnie na dostrzeżenie takich małostek nie masz czasu, w tym swoim sportowym życiu?

Koooocham<3
Twoja Mag
PS. Jest jeszcze jedna opcja. Przyjadę Cię odwiedzić, Richi mi się oświadczy i wspólnie wychowamy Welliego. Jesteś za?
PS2. Choć Richi pewnie udaje przed wami kobieciarza, a kogoś tam schowanego gdzieś w głębokim zakamarku Niemiec ma:(
PS3. Ale zaraz... Jakie on ma włosy? Tak obiektywnie?
                  
                                             ~~***~~
Droga hiszpańska Maggy,
twoja słabość do Ryśka mnie przerasta i zero w tym jest mojej winy. Więc myślę, że tyle starczy za cały komentarz w sprawie. No.

Pieszczoszek tak płakał, że przeprosiłem go i bez tych rozkazów, chcąc przespać choćby najmniejszy fragment nocy. Rano padał deszcz i wiał straszliwy wiatr, więc raczej nie było szans, abyśmy tego dnia znaleźli się na skoczni dużej. Czekała mnie więc przyjemna godzinka na siłowni, plus cały straszliwy dzień w psychiatryku.
O 6.30 zgromadziliśmy się w jadalni. Pierwsza wiadomość dnia, o dziwo była dobra. Simon oznajmił, że z okazji konkursu wiedzy o nim, moje przedstawienie urodzinowe zostaje przesunięte na poolimpijski czas nieokreślony...
-Niesprawiedliwe! - udarł się Tom- miałem być Śpiącą Królewną.
-A ja ogrem- dodał (już z mniejszą pretensją w głosie) Kofi.
Najbardziej jednak obrażony był Wank. Stwierdził, że on od początku wiedział, że ten spektakl jest tandetny, że nie wypali... A w ogóle mówił przecież, iż powinni wystawić jasełka, bo on kiedyś już w jasełkach grał i miał taką ważną rolę.
-Kim byłeś? - Bardal udał zainteresowanie w celu przerwania tego słowotoku.
-Wołem- zaakcentował Wielkolud z dumą.
-Bzdura- Richie uwielbia niszczyć radość swoich kumpli- widziałem zdjęcia u twojej matki. To twój jakiś kolega z przedszkola nim był. A ty... Cóż, byłeś wolim zadkiem.
Andreas ze smutną miną wycofał się w kąt.
-Nie wstydzę się tego ani trochę- zadeklarował jednak- od tylu lat pamiętam rolę. Miałem robić "muuuu, muuuu, muuuuu" gdy przemawiali pasterze. I jeszcze tupać o posadzkę nogą. Wiecie jaka to była odpowiedzialność?
-Cisza- wrzasnął Ammann, waląc atrybutem w ozdobny stół. Nie interesują nas teraz twoje, tępe, żałosne przeżycia. Proszę jak się tak aktywizujesz dokończyć zdanie. Ja zacznę- rozwinął ozdobną kartkę- czytam: "Simon Ammann urodził się
25 czerwca 1981 roku w..."?
Zapadła błoga cisza.
-Czekamy na odpowiedź- zaakcentował dyktator.
-No... W Kopenhadze?- zapytał Wank.
-Ty nieprzyjemny prostaku- usłyszeliśmy wrzask- człowiek całe życie haruje na ten naród niemiecki ciężej niż na chleb, a tu jaka wdzięczność? Jaka?
-Była jakaś szansa, że trafię... - oskarżony biedak przechodził już do obrony.
-Szansa? Jak ty rozwiążesz zadania problemowe dotyczące mojej istoty i wnętrza, jeżeli nie posiadasz tak elementarnej wiedzy teoretycznej? Przecież to równa się przykładowo operowaniu człowieka, myśląc iż ma mózg w wątrobie.
-Miałem dobre chęci...
-Koniec! Definitywny koniec, nie chciałem dziś nikomu z was wyrządzić aż takiej krzywdy, ale stoję w obliczu tragicznej ostateczności. Nie weźmiesz udziału w konkursie. Ani w części pisemnej, ani ustnej. Zamiast tego staniesz tu i będziesz godnie w wyciągniętych rękach trzymał mój tłuczek... Ehhh... Czemu ja nagradzam, zamiast wprowadzać sankcje??

Niemiec z niepewną miną, lecz bez szacunku ujął trzonek groźnego przedmiotu pokazując jednocześnie stojącemu tyłem Simiemu język. Ów ostatni tymczasem zajęty był sprawdzeniem nam dowodów osobistych (aż maturka się przypomniała, brrrr), rozdaniem arkuszy oraz zrobieniem przegród ze styropianów leżących w kącie- (aby nikt nie ściągał odpowiedzi od nikogo). Potem życzył nam powodzenia, światłości umysłu, tudzież podobnych bredni...
Długopisy zaczęły skrobać. Widziałem jak kilku żałośniejszych skoczków, marzących o zaistnieniu w towarzystwie wyciąga spod stołu przygotowywane w nocy ściągi z osiami czasu. Ci bardziej już dojrzali, wymieniali tylko porozumiewawcze spojrzenia i wertowali strony swoich prac, co chwila wspólnie decydując się na jakąś obelgę lub żart pod adresem szefunia.

Może zanim przejdę dalej przytoczę Ci jeszcze parę zadań, co?
Pierwsze, było dość krótkim pytaniem: "W jakim wieku, twoim zdaniem dziecko powinno pierwszy raz przeczytać autobiografię Simona Ammanna?". (Nie chciałbym bynajmniej poznać na nie odpowiedzi po zapewne to wielkie dzieło powinno być z nami już w życiu płodowym. No...Ewentualnie jacyś niedouczeńcy, byliby oświecani wiedzą, w pierwszej dobie życia...)

Dobra... Kolejne zagadnienie zawierało podpunkty. Należało szczegółowo określić stosunek szefunia do dróg szybkiego ruchu, mieszkańców Turkmenistanu, spodni rurek czy też żywności modyfikowanej genetycznie...
Dalej autor żądał stwierdzenia, czy kiedykolwiek, cokolwiek odegrało w twoim życiu rolę istotniejszą niż Simon Ammann. Obok widniała olbrzymia podpowiedź: "rozwiązanie krótkie, trzyliterowe, zaczyna się na "N". "

Z tego co widziałem Pieszczoch wpisał tam "soczek porzeczkowy", Kofi "chrupki serowe", a Freitag zaprzestał na dyplomatycznym stwierdzeniu "ojj, dużo ich było".

Gdy już zamazałem na czarno całą tą żałosną pracę, powstrzymując się od podpisania olbrzymiego, kolorowego portretu na pierwszej stronie "dupa wołowa" ogarnął mnie ból. Bo dlaczego to nie jest test o mnie? Dlaczego uściślając to by NIE MÓGŁ być tekst o mnie?


Odpowiedź: "co z rubryczką osiągnięcia?":( :( :(


Wracając do tematu...
Quiz skończył się po sześciu godzinach. Najgorsze było, że wedle regulaminu tego idioty nikt nie mógł opuścić sali, przed upływem czasu. Wszyscy marzyli już tylko o szklance wody, albo choć najmniejszej kromeczce chleba. Gdy wreszcie usłyszeliśmy wytęskniony dźwięk budzika, Simi zakodował pracę i próg tego więzienia zamknął się wreszcie raz na zawsze...
Jutro kwalifikacje, potem konkurs i drużyna, nie będzie już czasu na ammannowe przynudzanie.

Choć ja i tak mogę zostać w hotelu. Bo jeszcze znowu będę siódmy.
Albo dwudziesty pierwszy.
Albo czwarty.
Nie ma znaczenia.
Bo, droga Mag, liczy się tylko medal.

Aby się przewietrzyć wyszliśmy na mały placyk, koło pobliskiego sklepu rybnego. Wiejący od rana wiatr, zaczął być dość miły i przyjemny. Człowiek mógł zapomnieć o wszystkich problemach...
..A potem przyszedł Welli. (Mam dodawać, że bardzo głośno bucząc?). 
I serio, byłem tym tak zmęczony, że nawet przeprosiłem go po raz kolejny. A wręcz wyobraź sobie, powiedziałem, iż te kapcie to tak cudowny prezent, że koniecznie muszę go biednym podarować na Wielkanoc. Taki wysiłek, a ten nadal ryczy...
Wreszcie nasz drogi Wank zabrał się do roboty potrząsając maleństwem to w prawo, to w lewo aż wreszcie musiało ono przynajmniej na niego spojrzeć i rzucić nam kilka słów wytłumaczenia.
-Bo za tym sklepem rybnym na ryneczek się skręca- jęknęło- i tam obok tej kawiarni, w której wczoraj babeczki jadłem jest...
-Musisz to z siebie wyrzucić- Andreas wyraźnie zaczął już trenować to wczuwanie się w rolę ojca- cokolwiek by tam nie było poradzimy z tym sobie. Razem dziecko, razem.
-... Kwiaciarnia- wziął głęboki oddech.
Zapadła konsternacja.
-Ukradłeś jakaś wiązankę?- spytał wreszcie głupkowato Dawid- z braku pieniędzy...  A to przecież ja zarobiłem wczoraj tego rubla. Na serio mogłem Ci pożyczyć.

Bożeeee... Żadna papryka mnie nigdy tak nie wpieprzyła.
(Ani nawet seler).
Ani piąte miejsce w Bischofshofen.

Pieszczoszek, nie dziękując nawet za tą jakże górnolotną ofertę, kontynuował tłumaczenia.
-Nieeee. Na prawdę nic a nic nie ukradłem. Tylko w kwiaciarni pracują kwiaciarki...
-A w zakładzie pogrzebowym grabarz- wielkolud chyba zaczynał tracić swoją niekończąca się cierpliwość- mów wreszcie o co Ci chodzi!
-No i jedna jest taka młoda i ładna- doszedł wreszcie do sedna- i ja jej powiedziałem "Dzień Dobry", a ona nie odpowiedziała... Buuuuu
-Welli...- Freitag nagle włączył się do dyskusji- po pierwsze jak zaczynasz gadać od rzeczy to robisz się całkiem fajnym gościem. A po drugie... Następnym razem umówmy się, dajesz po prostu sygnał "jest taka laska". Z pominięciem fazy buczenia, ok? Prościej, szybciej, plus będę mógł pomóc. A teraz powoli...
-Olała mnie.
-A po jakiemu z nią gadałeś.
-Noo, po niemiecku, a jak inaczej?
Wank złapał się za głowę.
-Chłopie, tu jest Rosja. Tu egzotyka językowa jest w modzie, ale taka, taka bardziej zrozumiała.
-Czyli?
-Po czesku ją podejść musisz. Jak inteligentny, oświecony Czech. To jest recepta!
-Mam chodzić z otwartą gębą niczym Roman Koudelka w stodole?- Pieszczoch zaczął o dziwo myśleć.
-Masz nie słuchać tego naiwnego olbrzyma- parsknął Richi- tylko mnie. Zaraz odstawię Ci tu taką scenę, że będzie twoja na całą nockę. Ta i każda inna.
-Jutro kwalifikacje...-przypomniał posępnie Dawid.
-Eee tam, cicho kapusto kiszona!
(Uważam, że "ogórek konserwowany, pasowałby bardziej w tym momencie, bo do niego się pieprz czasem przylepia, ale Rysiek nie zna się na dramatach życiowych, związanych z warzywami).
-A może ja bym jednak wolał iść z nią na ciastko-zastanawiała się pokraka.
-Po jaką cholerę?
-Bo ja nie chcę mieć dziecka.
-Andreas...
-Co? Mam myśleć całe życie, iż istnieje prawdopodobieństwo, że na jakimś rosyjskim odludziu rośnie mój syn bądź córka. Sorry, zostawiam to Tobie, ja mam sumienie, mój drogi.
Freitag wył ze śmiechu, dogadując pod nosem, że ciekawe w czym rosyjskie odludzia gorsze są od fińskich, a Welli delikatnie zaczął drżeć pod swoim sweterkiem z owcą ( któryś z Norków znalazł go w takim, żółtym kontenerze przy hotelu. To znaczy sweter, a nie Pieszczoszka).
Gdy wreszcie przestali całe towarzystwo zaczaiło się za żywopłotem obok kwiaciarni, aby wysłuchać wykładu tego pajaca.
-Słuchaj dziecko- akcentując każde słowo wskazał palcem nowy obiekt wellisiowatego uwielbienia, który nieświadomy szwabskich zagrożeń podlewał drzewko- no niczego sobie... Ale popatrz na jej twarz. Zerka wytężonym wzrokiem w dal... ( cóż, jak dla mnie miała raczej ropne zapalenie zatok)... I czeka na księcia na białym rumaku...
-Ale ja się boję koni! Kopnął mnie kiedyś kucyk szetlandzki.
-Zatkaj się. Nikt Ci nie każe jeździć konno. Masz jedynie dokonać czynu bohaterskiego.
-Nie umiem!
-Wiem! Dlatego...Dlatego coś sobie upozorujemy- jego usta wygieły się w diabelskim uśmieszku- potrzebujemy aktorów. Dawidzie co tam masz?
-Cymbałki- odparł osioł- zabrałem z kącika dziecinnego w hotelu. Teraz nie tylko będę śpiewał, ale i grał. I zarobię już więcej niż jednego rubla.
-Cudownie... Tylko nie staniesz tym razem pod mostem, a przy tej kwiaciarni. Zgoda? I tam coś opowiesz tej dziewczynie, o ciężkim losie i w ogóle, rozumiemy się?
Nasz inteligent bez słowa przeskoczył przez drogę, siadając na chodniczku i rycząc "do-re-mi-fa-so-la-si-do".
-Idealnie- Richi zatarł ręce- no to teraz musi się pojawić obrzydliwy bandyta...
-Kto?
-No ty Wank.
-Ja złoczyńcą???
-Słuchaj, prosta scenka. Przybiegasz z kapturem na twarzy, jeszcze Ci włożymy poduszkę pod bluzę, żebyś był bardziej menelowaty i kradniesz mu ten...Hm "instrument muzyczny".
-Cooo? Mam być tak bezduszny? Nie... Nie mam serca. To już mogę zabrać ten pojemniczek na pieniądze...
-Rolkę od papieru toaletowego? No sorry. Zresztą i tak w sekundę pojawi się Welliś-heros. Bez wahania się rzuci na Ciebie, ty będziesz udawać, że chcesz go pobić, ale on się niby okaże silniejszy, pacnie Cię tym kruchym paluszkiem i będziesz symulował, że Cię boli...
-Czekaj... Nie nadążam!
-Rzucisz cymbałki na ziemię, a dzieciak podniesie je, brudząc z poświęceniem sweterek w owce. Dalej, uciekniesz kulejąc i rycząc coś w stylu "Boże Święty, skąd taki obrońca wdów i sierot w dzisiejszej Rosji". Wschodnia muzyka uliczna zostanie uratowana, a zachwycona dziewczyna pójdzie z Pieszczoszkiem na ciasteczko. Wszyscy gotowi?
-Na babeczkę- sprostował Andi.
-Ja się biję z myślami- ocenił swój stan psychiczny Wanki.
-O rany, popatrz na to jak na szansę. Nie tylko pomagasz kumplowi, ale i pobijasz swoją, życiową rolę wolego zadu.
-Serio?
-No przecież by i tak jasełka pięknie wyszły bez woła! A tu łączysz wszystko, spada na Ciebie największa odpowiedzialność, brak twojej osoby niszczy ideę...

Podziałało.

-W porządku- Freitag był z siebie bardzo dumny- jeszcze jakieś ostatnie pytania?
-Tak. Mogę ją potem zabrać do Niemiec?
-Pogięło Cię? Nooo, to już dogadacie między sobą. Choć nie wiem czy Ammann się zgodzi...
-Wezmę ją- kruszynka podjęła nagle męską decyzję- i już będę stuprocentowo pewien, że nie mam dziecka w Rosji!  Możemy zaczynać.
Wank na sygnał wyszedł zza krzaka. Był to idealny moment bo brunetka właśnie odłożyła iglaka na stoisko i podeszła do wyjącego Kubackiego, pytając go czy aby na pewno dobrze się czuje.
-Ja być biedy muzyk- zaintonował- te cymbałki są całe życie dla mnie. Głos stracę, ale śpiewać będę.
-Rany- zdziwił się zza żywopłotu Richi- nigdy nikt mi nie mówił, że on takim aktorem dobrym jest...
(Pfff frajer, też mi sztuka zagrać samego siebie, co nie Mag?).
Spytała go czy napije się wody.
W tym momencie nasz wielkolud ruszył przez jezdnię i w pośpiechu (przewracając kosz z różami) wyrwał grajkowi jego skarb. Pałeczka od instrumentu potoczyła się do kanału, dziewczyna zamarła przyciskając portfel do piersi, a "złodziej" cierpliwie stał nad wijącym się z bólu Dawidem (który nie wiedział, że to gra). Rysiu widząc do wszystko pchnął Maleństwo delikatnie w stronę "sceny".
Pieszczoszek bardzo się starał. Nawet wyprzedził scenariusz i wpadając w błoto zabrudził sweterek, zanim jeszcze w ogóle zbliżył się do Wankiego i plastiku (choć chyba zapapranie tej owcy mogło mu tylko w podrywie pomóc). Wreszcie jednak dopadł imiennika wskakując mu na ręce i szarpiąc dziecięcą zabawkę. Nagle wielkolud zwinął się z bólu.
-Wellinger ty cioto- wrzasnął- nacisnąłeś mi na szyję. Ja mam tam pieprzyka!
-Rozpoznałem was - wybałuszył oczy Dawid- chcieliście ograbić mnie ze wszystkiego co mam. Ja wam nie wybaczę. Ja to do FiS-u zgłoszę...
-Ciiiiiiiiii- Wank zorientował się, że chyba pomylił kwestie. Widać bał się, że rola tyłka bydlęcego pozostanie jednak tą największą, więc rzucił cymbałkami przed siebie, tak jak mu Richard kazał. Pech chciał, że rozwaliły się w powietrzu.
Cześć runęła na te biedne kwiaty.
A część na andusiowe usteczka.
-Boże... Będę miał jakąś groźną drzazgę- udarł się mityczny heros- umrę na zakażenie.
-Dzwonię po policję- wyszeptała tymczasem drżąca kwiaciarka.
Pieszczoch błyskawicznie otrzeźwiał.
-Jestem Andreas Wellinger- wyjąkał- i zabiorę panią do Niemiec. Bo ja panią...
-Szwabscy bandyci- podsumował Dawid...

Spuśćmy na tą scenę zasłonę milczenia...

Nie wychodź za mąż Mag i możesz za mnie kciuki trzymać, choć i tak nic to nie da.
Twój skazaniec
PS. Dopiero po kolacji wpadliśmy na to, że od wczoraj nikt nie widział Severina.
PS2. Simon, aby zachęcić nas do poszukiwań, z dumą stwierdził, że został mu jeszcze fragment z mowy pogrzebowej prosiaka Didla...
                ________________________
Wesołych Świat raz jeszcze<3
Plus standardowe przeprosiny za ten kretynizm.
Plus mniej standardowe za pół roku przerwy. 

sobota, 31 maja 2014

Dzień 4. Życzenia z całego serca

Skoczek, nazwijmy to naszym czwartym dniem, bo nie odzywasz się do mnie od trzech.
Ale może masz powód?
Więc tak, śledziłam skoki.
Akurat mi faceta rodzice się na głowę zwalili
Spodziewałam się jakiegoś normalnego wydarzenia sportowego. Jak mecz. Bo ja Realowi kibicuję;)  Zawsze są emocje i paczka czegoś niezdrowego, typu chipsy.
Plus mój chłopak i jego koledzy, ale o nich mniejsza.
Tak więc wracając... Wykładam się na kanapie, biorę chrupkę paprykową do ust, a tam kurde Amman na ekranie macha sobie nogą. Tak wysoko, że chyba chciał jakąś chmurę za zasłonięcie Jego Wysokości słońca ukarać. A chyba na obiekty sportowe nie wnosi się niebezpiecznych przedmiotów, więc tłuczek został za bramą. (Ha, już wiem czemu tak te konkursy lubicie- chwila bezpieczeństwa).
W każdym razie wyplułam ten fast food na moją przyszłą teściową.
Która mnie nie znosi, gdyż podobno sprowadzam jej syneczka na złą drogę.
No, tyle w temacie.
Szef niezawodnie dba o moją sylwetkę. Widać objął mnie programem ochrony dietetycznej.
Podziękuj mu;p
Aaa, jeden z Polaków rozgromił stawkę. Ejj, to czasem nie byłeś ty?
Odezwij się, bo zacznę się martwić, że Dawid Cię utopił w umywalce.
Maggy
                       ~~~***~~~

Mag<3
Tak, mieliśmy tu nieźle makabryczne zamieszanie.
Ale to Stoch zdobył złoto. Nie ja.
Znaczy się on jest spoko, żeby nie było, bo zazdrość to bardzo niskie uczucie, godne ludzi słabych i niesamodzielnych. Ale ...
No, zostałem marnym tłem noszącym mistrza na rękach. Widziałaś mnie co? On machał nartami, a ja go trzymałem z takim dziwnym gościem, który ma napisane na nartach, że ma luz w dupie.
(więc sorry, jak ma luz to równie dobrze może mieć tam mnie.
A ja nie przyjaźnię się z ludźmi mającymi mnie w dupie.)
Przechodząc do gorszych przeżyć...

Ostatnią noc spędziliśmy na balkonie. W przeciwieństwie do tamtej z sauny było urokliwie i względnie spokojnie. Może dlatego, iż chłopcy zdecydowali się zaopatrzyć w sporych rozmiarów butelkę, dzięki czemu (zamiast wyć) spokojnie gawędzili na temat hurtowni warzyw, którą podobno chcą otworzyć po zakończeniu kariery.
Może będą tam papryki, co?
(Nawiasem mówiąc nadal mam coś do papryk.
Nienawidzę ich. A przeczytałem w gazecie, że jak na prawdę coś olewamy, to jest to nam obojętne. Nienawiść natomiast stanowi więź...
Pięknie... Więź z czerwoną, ostro-słodką papką. Może to dlatego wciąż nie wygrałem zawodów?
Chciałbym znaleźć jakiś powód.
Przynajmniej się domyślać.
Hm..............
A tak w ogóle to wiesz, że ja Ci tych "Trenów za papryką" sprzed lat nie skończyłem?
Bo ja jej po dwóch dniach już nie żałowałem wcale a wcale.
Głupia się podłożyła, jakby swoją czerwonością chciała mi powiedzieć:
"Nigdy nie wleziesz na podium idioto".
No to oberwała.
A mnie się to tak bardzo spodobało, że dwa tygodnie później idąc przez takie przejście podziemne, w którym sprzedają kwiatki, zobaczyłem stragan z napisem "Owocek".
I chciałem znowu zniszczyć jakąś paprykę.
Bardzo, bardzo, z całego serca...
Pech chciał, że były zasłonięte stertą skrzynek.
Więc zachowałem się w najprostszy możliwy sposób.
Ze wszystkich sił odbiłem się od ziemi i wskoczyłem na tą stertę.
Tylko w cholerę bym nie przypuszczał, że tam całe kilogramy gruszek były...
Stałem zdezorientowany w tym żółto-białym soku i stwierdziłem, że od tego dnia będę jadł tylko mięso.
Żadnej ckliwości i rozczulania.
Żadnych warzyw i owoców.
Wytrzymałem dwa lata.

Ale ja Ci wcale nie mówię tego dla śmiechu. Bo popatrz, wtedy potrafiłem.
Zniszczyć gruszki, by otworzyć sobie drogę do papryki.
A teraz, co? Siedzę sam z bandą dziwaków, którzy trzymają w łapach moje marzenie.
I ich nie usuwam.
Nie umiem.
Cholera jasna.

Wracając na ten balkon.
Andreas, któremu nikt nie dał alkoholu siedział na posadzce i świecił z upodobaniem latarką w niebo, co z pozoru wydawało się zupełnie nieszkodliwe.
Gdy nastał świt wszyscy nagle zniknęli.
Nawet sobie nie wyobrażasz jak miło jest obudzić się w pustym pokoju, w którym nic nie buczy, nie świszczy i nie piszczy.
No najwyżej mucha, nieprawdaż?
Ale żyjąc z Wellingerem bardzo polubiłem muchy i już żadnej nie ciapnę.
Usiadłem na łóżku, aby korzystając z braku maleństwa rozpocząć gimnastykę poranną aż tu...
Na mojej kołdrze leżała dość zmięta i powiedzmy sobie szczerze bardzo śmierdząca paczka.
Myśląc, że to bomba, którą jak najszybciej chciałem wyrzucić przez okno, otwarłem ją.
Zawartość była żałosna. Resztki jakiś ciastek, które chyba mogły mieć z miesiąc i koperta i liścikiem:
"Mój drogi, dziękuję Ci za ten cudowny pomysł. Śpiewam sobie pod mostem, jestem szczęśliwy i nawet przez trzy dni jednego rubla zarobiłem! (Choć wpadł do rzeki, ale trudno, kupię maskę płetwonurka i go uratuję). W nagrodę ja też zadbałem o przyjemny dzień dla Ciebie. Zobaczyszsz co wymyśliłem. A narazie masz tu pięć pysznych pączków, które kupiłem przed wyjazdem z Polski do Willingen.
Zjedz sobie."
I uważaj bo będzie najbardziej oburzające...
"Twój najlepszy przyjaciel Dawid".

To było gorsze niż bomba.
Ale postąpiłem dokładnie tak samo jakbym postąpił z nią.
A potem się ubrałem i kpiąc z Kubackiego chciałem zejść na śniadanie.
Z tym, iż kłopoty zaczęły się już przy wejściu na stołówkę.
Wpadły na mnie te półgłówki, celując w twarz makaronem i krzycząc "wszystkiego najlepszego".
Na boku, zniszczyli mi kolejne spodnie, których zakup był przeogromną okazją.
-Yyy, co to za szopka?- zapytałem wprost.
-No jak to? Dawid nam wszystko powiedział, zaczynamy świętowanie twoich urodzin!
-Wy kretyni! Ja mam urodziny w czerwcu. I nie życzę sobie, aby którykolwiek z was je obchodził, jasne?
-Ale my mamy cały dwudniowy plan- udarł się Wank- jutro o 6.30 przedstawienie z maskami.
(To ostatnie słowo patrząc na ich twarze bardzo mi się spodobało).
-Ok- warknąłem- ale ta pomyłka tak czy siak nie usprawiedliwia faktu, że rzucacie we mnie tłustą, naolejoną skrobą.
-To są girlandy- "wytłumaczył" wielkolud- znaczy się chcieliśmy użyć prawdziwej petardy jak na sylwestra, ale nie mogliśmy kupić, chyba wybaczysz?
-Chcieliście mnie rozsadzić petardą?
-Oj tam, zdarzają się wypadki przy pracy. Ale popatrz jak my Cię kochamy, jak się postaraliśmy.
Rozglądnąłem się po jadalni. Wszędzie wisiał makaron oraz pokolorowane wstęgi papieru toaletowego i chusteczek do nosa.
(Wiem, częstotliwość użycia tych przedmiotów w moim świecie robi się już monotonna). Było cholernie kolorowo.
Nawet tłuczek Simona wyglądał mniej groźnie z trzonem owiniętym w bibułę i dużą kokardką na części ubijającej.
Wyglądał... Zanim go nie usłyszeliśmy.
-Chwileczkę- mruknął jego właściciel- mówicie o ścisłym harmonogramie, a ja przypomnę, iż MOJA przedmowa ku solenizantowi, miała się zacząć już dwie minuty temu. Wszelkie próby przerwania jej poniosą za sobą nieprzejednanie ciężkie konsekwencje. Zaczynamy... Wellingerze, co ty za przeproszeniem znowu odpieprzasz?
Pieszczoszek przyciskał do piersi soczek marchewkowy i głośno płakał.
-Bo ja zrobiłem coś strasznie okropnego...
-Hm... Żadna to nowość dziecko drogie, lecz majestat Simona Ammanna...
-Ja świeciłem latarką z Marsjanek w niebo!
-Słucham? Czym?
-No w witaminach dla przedszkolaków, są takie fajne dodatki- wytłumaczył Tom.
-Ale co w tym złego?- nie rozumiał Wank.
-Na niebie był samolot- pisnął Andi- i co jak to światło oślepiło pilota? Jeszcze pójdę do więzienia za katastrofę lotniczą?
-Faktycznie jasność laserowa- wtrącił się Richie.
-A może to nie był samolot tylko UFO- myślał dalej Norweg- zobaczyło napis Marsjanki to chciało wylądować. I wtedy dobrze byś zrobił bo UFO jest parszywie niebezpieczne.
Szwajcar stanął po tych słowach na granicy wytrzymałości, tłukąc gdzie tylko się dało.
-Andreas! Tego świecidełka to nikt by z 5-ciu metrów nie zobaczył!
-A ten samolot leciał wyżej niż pięć metrów?- spytało z nadzieją niemowlę.
Szef spojrzał na mnie z oburzeniem:
-Jak ty przygowujesz tego chłopaka do matury, co? Koniec tematu, a ty jak masz moralniaka to weź telefon, zadzwoń na pierwsze, lepsze lotnisko i przeproś.
-Ale mogę powiedzieć, że to przez kosmitów?
Ammann nie udzielił odpowiedzi. Zamiast tego tłuczek poinformował nas, iż zaczyna przemawiać.
-Począwszy od sprawy samych urodzin, muszę zaznaczyć wyraźnie, że żadna pomyłka nie zaszła. Twoja matka mogła Cię wydać na świat kiedy tylko zechciała. Ale ja, zdecydowałem, że dzień świętowania twojego narodzenia będzie dzisiaj. I koniec.
Zmieniając temat, aby zmotywować brać skoczkowska do poprawy swojego zachowania i udoskonalenia kultury osobistej, chciałem przypomnieć o dwóch ogłoszonych już przeze mnie projektach.
Pierwszy z nich to quiz wiedzy o Simonie Ammannie. Z Internetu możecie ściągnąć mój życiorys. Zawody będą złożone z części pisemnej i ustnej. Nagrodą dla zwycięzcy ustanawiam mój autograf ze zdjęciem i dedykacją.
Druga sprawa natomiast jest znacznie mniej przyjemna. Jestem zmuszony zarządzić demokratyczne wybory na najbardziej niemiłego skoczka narciarskiego. Słucham Tomie?
-Ja zgłaszam kandydaturę Mackenziego Boyd-Clowsa!
-Przepraszam?
-Ja popieram- dodał Atle.
-Naprawdę- zdziwił się Hildziak- nigdy nie byliśmy aż tak zdolni.
-Bo wiesz... Jak ta kandydatura upadnie to ja Cię znam. Ty wtedy oddasz głos na mnie. I... Jeszcze wygram, nie daj Boże.
-Roensen? Ty wiesz, że ja myślałem o tym samym? Trzeba mu przygotować kampanię wyborczą.
-Cicho! Skoczek, który zdobędzie najwięcej głosów podlega srogim sankcjom. Przykładowo dwutygodniowy zakaz rozmowy z Simonem Ammannem, nakaz podchodzenia do Simona Ammanna na mniej niż kilometr, zakaz prania firanek Simonowi Ammannowi.
-Ejjj Atle- mruknął Tom- ja chyba jednak zagłosuję na siebie, wiesz?
-Co? Ty pajacu, miałeś głosować na mnie...
Wszyscy zaczęli ryczeć i wyć, a na domiar złego wrócił Andreas, piszcząc, że żadne lotnisko nie chce odebrać jego telefonu.
Simon natomiast zaczął się szykować do złożenia mi życzeń.
Powiedział nawet, że mogę dotknąć kokardki na jego tłuczku.
Ale powiedzmy sobie szczerze miał przy tym taką minę, że na prawdę myślałem sobie, iż mi wyzna, że jesteś Janem Maturą.
Albo Romanem Koudelką.
Ogólnie jak się zacząłem obawiać to o Koudelce pomyślałem pierwszym.
Ale no kurde nie wyobrażam sobie abyś chodziła z otwartą gębą.
W ogóle ty przecież masz chyba twarz, a nie gębę.
A raczej na pewno.
Więc mogę drżeć wyłącznie, że jesteś Maturą.
Ok.
Przepraszam.
Koniec pieprzenia.

Przechodząc do najgorszych numerów w programie, Simi łaskawie zezwolił na krótką przerwę, podczas, której chętni mogliby mi wręczyć prezenty.
(A- czego chyba jeszcze o mnie nie wiesz- nie ma zjawiska, które wkurwia mnie bardziej od dostawania prezentów. Jak czegoś chcę to pójdę to kupić, a ludzie niech się odwalą z uszczęśliwianiem na siłę).
Ale powiedz coś nienormalnym.
Zaczęło się od nieszczęsnego Welliśka. Przylazł mi z tandetną torebką zawierającą w sobie ręcznik... I kapcie.
Nie powiem sam ręcznik bym przyjął, bo jeszcze cudem był bez żadnych misi, ptaszków i kwiatuszków, ale buty? Powiedziałem sobie, bose stopy, aż PŚ nie wygram. A tu ta mała, niemiecka weszka mi światopogląd rozwala.
Musiałem go zwyzywać od idiotów.
I nawet to zrobiłem.
Płakał, że słyszał jak marudzę o takich cieplutkich, milutkich przez sen i on chciał dobrze, a znowu kogoś obraził. I że tak na serio to ja go nie lubię.
No, służy mu moje towarzystwo. Zaczyna wyciągać rzeczowe wnioski.
Rzuciłem tymi kapciami na ziemię.

-Teraz mój prezent- udarł się Severin- bo ja jestem najlepszy i mam aż dwa!
Cholera, wyznam Ci myślałem z całym spokojem, że to będą gąbka i płyn do kąpieli.
Ale Wank musi niestety zmienić swoją rozprawkę. Ten psychol jest jednak pomysłowy...
W tekturowym pudełku znajdowała się cała misterna konstrukcja zbudowana z welliśkowych rurek do picia soczków (praktyczne, gdyż gdy młody pije z kubka, zawsze trzeba biegać ze ścierą).
-Freund?
-Nie musisz mi nawet dziękować. Ciężko pracowałem przez tydzień, ale chciałem Ci dać tą radość.
-Ale... Powiedz mi proszę co to jest?
-Jak to?- fuknął- nie widać? Aparacik na zęby, a co ty sobie myślisz. Nie ogarnąłeś, że masz krzywe? Powinien być dobry, bo mierzyłem na sobie i wchodzi do ust na luzie.
Serio, myślałem, że zwymiotuję...
-Wyrówna Ci zgryz, a jak jeszcze przyjdzie druga część mojego daru to będziesz wyglądał jak bóstwo chłopie. Tylko nie jak Andreas w saunie, a na serio.
Bezradnie podziękowałem.
Martwi mnie, że momentami mój, cięty, pełen pogardy język nie ma już najmniejszej siły woli.
Nie mówiąc już o przebiciu...

Dalej było już tylko gorzej.
Diethart kupił mi ogromny plakat o (jakże interesującym) tytule: "Rodzaje kur ozdobnych".
Objaśnił, iż każdy człowiek szanujący się musi kochać jakieś zwierzę. A skoro gatunek najwyższy zarezerwował już sobie on sam to stwierdził, iż drób może być dla mnie bardzo przyjemny.
I podobno się z nim dogadam...

Niedbale rozwalałem kolejne zawiniątka, ale przy Wankim musiałem się zatrzymać.
Chlopaczyna dała mi jakąś dziwaczną książeczkę: "Zabytki architektury drewnianej na terytorium Białorusi". Wszyscy zaczęli wytężać nieistniejące umysły, bo przyznasz, że nie łatwo znaleźć jakiekolwiek, nawet najdebilniejsze odniesienie tego tematu do mojej osoby.
Rysiek stwierdził, że wielkolud chce wziąć ten swój bajkowy ślub na Białorusi.
To by się zresztą było całkiem logiczne, bo przecież widzisz jak ludzie kochają obarczać mnie winą za swoje durne decyzje.
Jednak Andreas zaraz zaprotestował i podał wyjaśnienie, które spodobało mi się najbardziej ze wszystkich elementów tego przeklętego dnia: kupił to bo musi oszczędzać.
No, to rozumiem.
A Freitag niech sam jedzie na Białoruś.
Jest nadzieja, że nie wydadzą mu zgody na powrót.

Grupka innych biedniejszych skoczków złożyła się na jakieś DVD z instrukcjami jak podrywać kobiety.
Nawet bym to przebolał z pogardą na twarzy, ale Hilde musiał oczywiście nagle wstać i zacząć machać łapami.
-Ja Cię za nich błagam o wybaczenie. Ja protestowałem przeciwko temu pomysłowi. Bo ja szanuję ludzką odmienność.
-Mógłbyś minimalnie jaśniej?
-No bo wszyscy jedzą chleb. Ale gdyby ktoś na przykład jadł mydło to ja się nie obrażę. Serio można kochać co się chce, może oprócz Roensena. Tolerancja to się nazywa.
-Tom chce Cię spytać czy nie jesteś czasem homo...- zaczął Freitag.
-Rysiu! Chciałem mu to wytłumaczyć trochę delikatniej, mniej brutalnie...
Skończyło się na rękoczynach
Mag, ja mam dość.
Taki Kubacki Osioł to nawet mi to w studiu telewizyjnym zasugerował.
A przecież ja po prostu szukam kobiety idealnej. Bez wad, niezdolnej do płaczu (bo ja nie umiem pocieszać) i takiej która wychowa ciche, kulturalne, niewellingerowate dzieci, jak już kiedyś się takowe pojawią.
A takiej nie ma.
Więc to jest SAMOTNOŚĆ Z WYBORU.
(Tak na boku ty chyba też powinnaś być sama, bo to nie jest moja sprawa ale Ci ten szanowny związek nie służy).
Wracając w tym momencie otworzyły się drzwi.
Stała w nich jakaś dziewczyna, na oko w wieku dwudziestu kilku lat, z promiennym uśmiechem i małą siateczką w ręku.
Sala umilkła.
-Ooo, no druga część mojego prezentu wreszcie przyszła- ucieszył się Sevcio.
-Ejjj- Richie błyskawicznie zszedł z Toma, na którym siedział waląc go, (z prędkością godną komara pięściami)- Freund, mi na urodziny tylko skarpetki kupiłeś. A to ja jestem z tobą w zespole, nie on.
Przybyszka zignorowała go. Podeszła natomiast do mnie, wzięła mnie za rękę i bacznie się jej przyglądając oświadczyła łamaną angielszczyzną, iż pan Freund już jej wszystko wyjaśnił i możemy przejść na górę.
Oniemiałem i oczywiście natychmiast się jej wyrwałem.
Freitag zauważył to w mgnieniu oka i zaraz zaproponował, że jak ja nie chcę to on z przyjemnością przejmie prezent.
-Od kiedy ty dbasz o detale urody?- zdziwił się Freund.
Nie doczekał się jednak odpowiedzi, niemiecki playboy wybiegł z pomieszczenia, wręcz szarpiąc za sobą biedną kobietę.
Wybuchło piekło.
Simi biegał za Severinem z tłuczkiem, głosząc jednocześnie kazanie na temat utraconej moralności i odrzuconej cnoty.
Przerwał im dopiero sam Richard.
Wrócił zdecydowanie zbyt szybko głośno krzycząc:
-Ona mnie pokaleczyła obcinaczką do paznokci! Macała mi dłonie!
-A co?- Freund zatrzymał się wyrywając przewodniczącemu rady jego atrybut i wrzucając go w makaron- jak chciałeś żeby zaczęła od stóp to mogłeś jej powiedzieć.
-Jakie stopy? Czy w tej Rosji niczego nie potrafią zrobić normalnie?
-A co może robić manicurzystka poza stopami i dłońmi? Rosną Ci paznokcie na brzuchu pajacu?
-To... To była kosmetyczka? Boże, to już chyba rozumiem do cholery dlaczego dała mi w twarz... Ludzie, wywalcie stąd Ammanna i wnieście jakiś alkohol...
W tym momencie poczułem, że przeżywam na prawdę wyjątkowy dzień.
Nieczęsto widzi się Rysiunia z miną zbitego psa. A to jest bardzo, ale to bardzo rozkoszny widok.

Maggy, za czyje winy ja płacę życiem z nimi.
Bo przecież za odpokutowanie moich własnych wystarczyłoby jedno spojrzenie na Pieszczoszka.
Trzymaj się<3
PS. Mag, jaka teściowa? Ty chyba nie chcesz wyjść za tego gościa. To byłby kiepski pomysł.
Serio.
_____________________________________

Jeszcze dwa tygodnie męczarni Skarby;)
Potem wracam do regularnego pisania i obecności w blogosferze. Zresztą przypuszczam, że większość z was ma to samo, więc nie trzeba tłumaczyć.
Przepraszam za błędy, poprawię je wieczorem.
A teraz muszę się dostać na lotnisko
;) Co przy komunikacji miejskiej nie będzie takie proste.